Reklama

Wiadomości

Trumpa pociąg do władzy

Po spektakularnym zwycięstwie w stanie Indiana miliarder republikańską nominację ma już w kieszeni. Teraz chce się skupić na walce o prezydenturę. Czy rozpędzony pociąg Donalda J. Trumpa dojedzie do celu? Taki scenariusz jest coraz bardziej prawdopodobny

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

„Wsiądź do pociągu Trumpa albo zostań przezeń rozjechany” – to jeden z popularniejszych sloganów wyborczych powtarzanych przez zwolenników miliardera o charakterystycznie zaczesanych blond włosach. Jego zdaniem, „amerykański sen”, symbol USA – kraju, w którym każdy może odnieść spektakularny sukces – jest dziś martwy. „Przestaliśmy wygrywać” – przypomina swoim wyborcom Donald Trump. Amerykańskie miejsca pracy odpływają do Chin oraz Meksyku. Amerykańscy przywódcy z Barackiem Obamą na czele nie mają pojęcia o robieniu interesów i zawierają niekorzystne dla Stanów Zjednoczonych umowy handlowe. Zapewne nie czytali książki Donalda Trumpa „The Art of the Deal” (pol. „Sztuka robienia interesów”). Gdyby po nią sięgnęli, zrozumieliby, jak głupie i oczywiste błędy popełniają, a Ameryka z pewnością nie byłaby dzisiaj tak bardzo zadłużona. Taki właśnie przekaz kieruje do Amerykanów ubiegający się o republikańską nominację miliarder z Nowego Jorku.

Podzielona prawica

Reklama

Spora część republikańskich wyborców była bardzo zmotywowana, żeby zapewnić Donaldowi Trumpowi partyjną nominację do odbywających się na jesieni wyborów prezydenckich. Dzisiaj ponad połowa Amerykanów głosujących na prawicę czuje się zdradzona przez partyjne elity. Głos na Trumpa jest zatem jednocześnie głosem przeciwko republikańskiemu establishmentowi – to czerwona kartka pokazana elitom z tzw. Grand Old Party (GOP). Jednocześnie duża grupa osób popierających Partię Republikańską chciała za wszelką cenę zatrzymać nowojorskiego miliardera i uniemożliwić mu tym samym reprezentowanie amerykańskiej prawicy w wyścigu do Białego Domu. Ten polityczny pojedynek był motorem napędowym mobilizującym konserwatywny elektorat w USA. Donald Trump twierdzi, że nie tylko motywuje konserwatystów, ale również przyciąga nowych wyborców, którzy do tej pory głosowali na Demokratów lub deklarowali się jako niezależni. Ma to również jakoby tłumaczyć słabszą frekwencję na lewicy. Czy kontrowersyjny miliarder faktycznie przyciąga tylu nowych wyborców? Wielu dziennikarzy i ekspertów w USA nie podziela tej opinii. Trump zapewnia jednak, że rzesze nowych wyborców, rzekomo przyciągniętych przez niego do Partii Republikańskiej, przyczynią się do zwycięstwa konserwatystów w wyborach prezydenckich. Do tej pory sondaże zdawały się zaprzeczać takiemu scenariuszowi. Donald Trump tracił w nich od kilku do nawet ponad 10 punktów procentowych wobec Hillary Clinton. Zdecydowanie lepiej w takim politycznym pojedynku radzili sobie teksański senator Ted Cruz oraz gubernator stanu Ohio – John Kasich. Ten pierwszy tracił do demokratki średnio tylko 3 punkty procentowe, a niekiedy szedł z nią łeb w łeb. Kandydatem, który w sondażach odnotowywał zdecydowaną przewagę nad Hillary Clinton, był John Kasich. Wyprzedzał on ją średnio o 8 punktów procentowych. Wyjątkowo korzystne dla republikanina okazało się badanie przeprowadzone w połowie kwietnia przez NBC News i „The Wall Street Journal”. Gubernator Ohio uzyskał w nim 51 proc. poparcia, a Hillary Clinton zaledwie 39 proc.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Trump vs. Clinton

Czy oznacza to, że nominacja Donalda Trumpa spowoduje ostatecznie przegraną Partii Republikańskiej w odbywających się w listopadzie wyborach prezydenckich? Niekoniecznie. W niedawnym sondażu, przeprowadzonym przez amerykański instytut badawczy Rasmussen Reports, Donald Trump pokonał Hillary Clinton o 2 punkty procentowe. Teoretycznie jest to niewielka przewaga, jednak może ona zwiastować nową tendencję – stopniową utratę poparcia dla żony byłego prezydenta USA, która już teraz ma problemy wizerunkowe – negatywnie oceania ją bowiem ponad 54 proc. Amerykanów. Była sekretarz stanu wypada zatem dosyć mizernie, szczególnie kiedy popatrzymy na zdecydowanie lepsze wyniki jej partyjnych kolegów – Barack Obama ma nieprzychylną opinię „tylko” 46 proc. obywateli USA, a wiceprezydent Joe Biden – zaledwie 37 proc. Niechęć do Hillary Clinton może dodatkowo spotęgować zbliżająca się kampania spotów wyborczych przedstawiających kandydatkę Demokratów w negatywnym świetle. Z drugiej jednak strony Donald Trump też nie ma na tym polu najlepszych wyników, będzie musiał zatem stawić czoła politycznym atakom i antyreklamie, którą bez wątpienia przygotuje przeciw niemu sztab Hillary Clinton.

Reklama

Dzisiaj nowojorskiego miliardera negatywnie oceania ponad 60 proc. Amerykanów. Oznacza to, że będzie najmniej lubianym nominatem partyjnym we współczesnej historii USA. Wielu sympatyków Partii Republikańskiej zadeklarowało już, że nie zamierza głosować na Donalda Trumpa. Są wśród nich znani konserwatywni dziennikarze, tacy jak chociażby Guy Benson, który oświadczył, że po raz pierwszy w swoim życiu nie poprze kandydata Republikanów. Innym przykładem jest Stephen F. Hayes z „The Weekly Standard” – konserwatywnego tygodnika w USA. Dziennikarz stwierdził za pośrednictwem swojego konta na Twitterze, że nie poprze miliardera „pod żadnym pozorem”. Podobnych głosów ze strony znanych republikanów jest więcej. Brak entuzjazmu do popierania Trumpa widać również wśród wielu prominentnych polityków Grand Old Party. Spiker Izby Reprezentantów – republikanin Paul Ryan oświadczył, że nie jest jeszcze gotowy poprzeć kandydatury miliardera. Dwaj poprzedni republikańscy prezydenci – George H.W. Bush oraz George W. Bush również nie zaangażują się w kampanię Donalda Trumpa.

Istnieje możliwość, że niechętne Trumpowi siły wewnątrz Partii Republikańskiej wystawią swojego, niezależnego kandydata. Wymienia się tutaj m.in. Mitta Romneya, który był nominatem Republikanów w wyborach w 2012 r., a obecnie nie zdecydował się poprzeć Donalda Trumpa. Gdyby doszło do takiego scenariusza, wysoce prawdopodobna byłaby powtórka z roku 1992, kiedy to startujący jako trzeci, niezależny kandydat miliarder Ross Perot przejął część konserwatywnego elektoratu i tym samym pozbawił Busha seniora szans na reelekcję. Prezydentem został Bill Clinton. Dzisiaj o to stanowisko ubiega się jego żona – zbieg okoliczności wydaje się w tej sytuacji wyjątkowo wymowny.

Olbrzymi kryzys zaufania, który obserwujemy dzisiaj w szeregach Grand Old Party, a także wewnętrzne spory i podziały to poważny problem dla konserwatystów. Ewentualne zwycięstwo na jesieni będzie wymagać zjednoczenia. Jego brak może natomiast ostatecznie pogrzebać marzenia prawicy o Białym Domu.

Donald Trump, wygrywając 26 kwietnia tzw. Super Tuesday (superwtorek), czyli prawybory odbywające się w stanach: Connecticut, Delaware, Maryland, Pensylwania oraz Rhode Island, zostawił swoich rywali daleko w tyle.

Indiana – stan ostatniej szansy

Reklama

Sukces operacji „zatrzymać Trumpa” stanął pod dużym znakiem zapytania. Plan był taki, żeby uniemożliwić miliarderowi zdobycie wymaganych głosów 1237 delegatów na odbywającą się w dniach 18-21 czerwca krajową konwencję Partii Republikańskiej w Cleveland, w stanie Ohio. Zgodnie z zasadami prawyborów GOP ta magiczna liczba gwarantuje uzyskanie nominacji. Co w sytuacji, gdyby plan przeciwników Trumpa się powiódł? Doszłoby wtedy do tzw. spornej konwencji – szansę na nominację mieliby m.in. Ted Cruz i John Kasich, a może nawet ktoś spoza wyścigu. Taki scenariusz byłby katastrofą dla Donalda Trumpa. On doskonale wie, że musi wygrać prawybory w trybie standardowym – czyli zdobywając głosy wymaganej liczby delegatów. W przeciwnym razie jego marzenie o prezydenturze, z dużą dozą prawdopodobieństwa, stałoby się politycznym science fiction. Kampania wyborcza w Indianie była dla sztabu Teda Cruza intensywnym działaniem w stylu: „wszystkie ręce na pokład”. Kandydat przeznaczył dużo energii, czasu i pieniędzy, by przekonać do siebie mieszkańców tego stanu. Chęć powstrzymania Donalda Trumpa była tak duża, że kandydaci zdecydowali się na nietypowy i kontrowersyjny sojusz. Plan był taki, że John Kasich – gubernator Ohio – zawiesza swoją kampanię w stanie Indiana, by ułatwić tym samym senatorowi z Teksasu walkę z nowojorskim miliarderem na tym terenie. Następnie Ted Cruz miał ustąpić pola sojusznikowi, wstrzymując swoją kampanię w stanach Nowy Meksyk oraz Oregon. Ze strategicznego punktu widzenia pomysł ten wydawał się genialny, problem jednak w tym, że to było zdecydowanie spóźnione posunięcie. W dodatku duża część republikańskiego elektoratu negatywnie oceniła taki ruch. Summa summarum pomimo wielkich starań przeciwnicy Donalda Trumpa okazali się całkowicie bezradni. Miliarder z przytupem wygrał prawybory w stanie Indiana. Lider republikańskiego wyścigu po nominację otrzymał ponad 53 proc. głosów i zdobył w ten sposób poparcie wszystkich 57 delegatów. Zwycięstwo Trumpa było tym większe, że stan Indiana do tej pory uznawano w Ameryce za rejon, w którym konserwatywny Ted Cruz powinien poradzić sobie zdecydowanie lepiej. Szokiem dla dziennikarzy i obserwatorów polityki w USA okazało się również wystąpienie teksańskiego senatora. – Powiedziałem, że będę walczył tak długo, jak długo będzie istniała realna szansa na zwycięstwo. Dzisiejszej nocy z przykrością muszę oznajmić, że taka możliwość została utracona. Razem postawiliśmy wszystko na Indianę. Daliśmy z siebie wszystko, co mogliśmy, ale wyborcy wybrali inną drogę – powiedział w swoim sztabie w Indianapolis Ted Cruz.

Na sali dało się słyszeć liczne okrzyki tych, którzy próbowali odwieść kandydata od przekazania tej najgorszej dla jego zwolenników wiadomości. Na próżno.

– Z ciężkim sercem, ale i z bezgranicznym optymizmem co do przyszłości naszego narodu zawieszamy naszą kampanię – oznajmił.

Niedługo później podobne oświadczenie wydał John Kasich. Choć do końca prawyborów pozostały jeszcze głosowania w kilku amerykańskich stanach, w obecnej sytuacji, kiedy Trump jest ostatnim kandydatem pozostającym w wyścigu po nominację, wydają się one już tylko czystą formalnością. W swojej zwycięskiej przemowie miliarder zapowiedział, że chce teraz skupić się na walce z Hillary Clinton. Mimo że w Partii Demokratycznej prawybory cały czas trwają, była sekretarz stanu, z uwagi na sprzyjających jej w przytłaczającej większości tzw. superdelegatów, jest bez wątpienia pewną kandydatką Demokratów do wyborów prezydenckich w listopadzie 2016 r.

Dzisiaj sondaże dają Hillary Clinton przewagę rzędu kilku punktów procentowych nad miliarderem reprezentującym GOP. Według dziennika „The Washington Post”, gdyby wybory odbywały się na początku maja, Doland Trump otrzymałby zaledwie 191 głosów elektorskich, podczas gdy kandydatka Demokratów mogłaby liczyć aż na 347 z nich.

Reklama

Z drugiej strony są to jednak tylko wyniki sondaży przeprowadzanych na grupie ok. 1000 respondentów. Dynamika amerykańskich wyborów wielokrotnie pokazywała, że walka trwa do samego końca, a słupki poparcia mają tendencję do zmian, często bardzo gwałtownych i niespodziewanych. Nie należy zatem ślepo ufać sondażom. Uczy nas tego przecież także doświadczenie z rodzimego podwórka. Do właściwych wyborów pozostało jeszcze pół roku. W warunkach amerykańskich to naprawdę dużo czasu i wiele może się jeszcze wydarzyć.

Pociąg Donalda Trumpa jedzie coraz szybciej, a krańcowa stacja pod nazwą „Biały Dom” jest coraz bliżej. Pędząca lokomotywa może się jednak wykoleić. Czy tak będzie w tym przypadku? Nie wiadomo. Pewne jest jedno – to najciekawsze prawybory od wielu lat.

* * *

Tomasz Winiarski
Student dziennikarstwa, amerykanista zafascynowany kulturą, polityką i historią USA. Dziennikarz dla Polonii w Stanach Zjednoczonych. W życiu stara się kierować mottem: Nie ma rzeczy niemożliwych!

2016-05-18 08:29

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zdradzeni przez sojuszników

Po 72 latach od zbrodni w Katyniu dokonanej przez Rosjan na polskich oficerach Stany Zjednoczone zdecydowały się opublikować dokumenty na ten temat, znajdujące się w archiwach służb wywiadowczych. Jak dotąd kilka tysięcy stron opublikowano po raz pierwszy w Internecie na portalu amerykańskich Archiwów Narodowych. Publikacja ta jest wynikiem inicjatywy demokratycznych polityków o polskich korzeniach: kongresmenki Marcy Kaptur z Ohio i byłego kongresmena Paula Kanjorskiego z Pensylwanii, a także owocem prac konferencji na temat Katynia w Bibliotece Kongresu w 2010 r., zorganizowanej przez Fundację Kościuszkowską. Odtajnione dokumenty katyńskie nie dotyczą faktów związanych z zagładą polskich jeńców, ale ukazują ogromne zakłamanie, jakie towarzyszyło tej zbrodni, a głównie obłudę naszych sojuszników, szczególnie USA i Anglii. Niestety, mimo wiedzy tych rządów o popełnionym przez Sowietów w 1940 r. ludobójstwie na Polakach prezydent USA Franklin Delano Roosevelt na konferencji w Teheranie wyraził zgodę na oddanie ZSRR prawie połowy terytorium Polski i włączenie naszego kraju w orbitę wpływów sowieckich. Co więcej, z dokumentów wynika, że rządy USA aż do rozpadu ZSRR w 1991 r. wzbraniały się przed oficjalnym uznaniem sowieckiej odpowiedzialności za Katyń. Jeszcze w 1992 r. jeden z działaczy Polonii amerykańskiej otrzymał na temat Katynia odpowiedź z Departamentu Stanu, że aż do przyznania w kwietniu 1990 r. przez rząd ZSRR, iż to Stalin odpowiada za Katyń, władze amerykańskie „nie miały wystarczających informacji” na ten temat. Amerykański urzędnik najwyższego szczebla napisał to, wiedząc, że np. powołana w 1951 r. przez Kongres USA specjalna komisja pod przewodnictwem Raya Johna Maddena udowodniła, iż zbrodni dokonali Rosjanie. Niestety, raport kongresmena Maddena nie przebił się do opinii publicznej na Zachodzie. Ponadto w połowie 1953 r. ówczesny sekretarz stanu John Foster Dulles nie zgodził się z postulatem Kongresu, aby sprawę Katynia i winy ZSRR skierować do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Z ujawnionych obecnie dokumentów wynika, że w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęły relacje kilku amerykańskich i brytyjskich jeńców wojennych, zabranych przez Niemców do Katynia, po odkryciu tam masowych grobów polskich oficerów wiosną 1943 r. Ich raporty do swoich władz stwierdzały bezapelacyjnie, że sprawcami zbrodni są Sowieci. Bodaj już z tego widać, jak alianci tłumili u siebie wszystko o ludobójstwie w Katyniu, mając w tym własny interes. Niestety, w polityce wielkich tego świata najczęściej interesy narodowe przeważają nad prawdą i moralnością. Oczywiście, w żaden sposób nie usprawiedliwia to polityków. Nasuwa się pytanie: Dlaczego akurat teraz tak propagandowo nagłośniono temat Katynia w USA? Z pewnością w kampanii wyborczej prezydenta Baracka Obamy można to uznać za ukłon w stronę Polaków w USA. Oby jednak chodziło w tym o coś więcej. Najwyższy czas, aby Stany Zjednoczone włączyły się w polskie starania o ujawnienie niedostępnych dotąd poloników katyńskich w archiwach innych państw, w szczególności Rosji i Wielkiej Brytanii. Od początku bowiem wiadomo, że najważniejsze informacje o zbrodni katyńskiej znajdują się nie w USA, lecz w Rosji. Od lat domagamy się od Rosji wskazania miejsc pochówku większości ofiar z więzień (znamy te z obozów), czekamy na teczki osobowe jeńców wojennych, nie mamy tzw. listy białoruskiej, czyli imiennego wykazu wszystkich pomordowanych oficerów. Czy Rosjanie kiedykolwiek odtajnią te dokumenty, skoro przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu zbrodnię katyńską nazywają jedynie incydentem wojennym? W każdym szkolnym podręczniku historii po 1989 r. znajdziemy słowa, że Polska została w czasie II wojny światowej najpierw opuszczona, a następnie zdradzona przez sojuszników. Jednak to, o czym się pisze, nie zostało jak dotąd jednoznacznie ocenione. Brak tej oceny podważa w dużym stopniu wiarygodność współczesnych sojuszy, w których Polska uczestniczy. Kto nam dzisiaj zagwarantuje, że w sytuacji zagrożenia naszej niepodległości sprzymierzeńcy nie wybiorą drogi Roosevelta? Przez dziesiątki lat rządy USA, Anglii czy Francji znały prawdę o Katyniu, ale obawiając się pogorszenia stosunków z ZSRR, nie zadawano komunistycznym władzom nawet pytań na ten temat. Teraz, jak sądzę, rządy USA czy państw Unii Europejskiej dużo więcej niż my wiedzą o Smoleńsku, ale wolą zadowolić się przekłamanymi raportami MAK-u czy komisji Jerzego Millera. A przecież w katastrofie TU-154 M zginął prezydent państwa UE, zginęli najwyżsi rangą generałowie będący członkami NATO! Dlaczego ze strony tych „sojuszniczych” państw i organizacji nie ma choćby gestu głębszego zainteresowania? Aż lękam się napisać tych samych słów o obecnych sojusznikach, które umieściłem w tytule.
CZYTAJ DALEJ

Abp Jędraszewski: szkolne nauczanie o zdrowiu ma doprowadzać do "duchowej deprawacji najmłodszych"

2026-07-18 18:28

[ TEMATY ]

abp Marek Jędraszewski

Karol Porwich/Niedziela

Abp Marek Jędraszewski

Abp Marek Jędraszewski

- Jezus pokazał każdej i każdemu z nas, jak wspaniałe jest to nasze człowieczeństwo, które najpierw w sobie musimy budować, ocalić, bronić i pokazywać innym jako jedyną drogę prawdy, która daje życie - mówił abp Marek Jędraszewski. Metropolita krakowski senior przewodniczył V Narodowej Modlitwie za Ojczyznę w Sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Strachocinie. Arcybiskup stwierdził, że szkolne nauczanie o zdrowiu ma doprowadzać "do duchowej deprawacji najmłodszych". Zwrócił też uwagę na używanie języka nienawiści i kłamstwo, które obecnie rządzący w Polsce - za wyjątkiem prezydenta - stosują wobec przeciwników politycznych.

Na początku homilii arcybiskup nawiązał do ogłoszonej 15 maja 2026 roku przez papieża Leona XIV encykliki „Magnifica humanitas - Wspaniałe człowieczeństwo”. Zwrócił uwagę, że dokument rozpoczyna się od wskazania decydującego wyboru, przed którym stoi ludzkość: budowania nowej wieży Babel albo miasta, w którym Bóg i człowiek zamieszkują razem. - Nad każdą epoką wisi ryzyko budowania świata nieludzkiego i jeszcze bardziej niesprawiedliwego. Wspaniałe człowieczeństwo Jezusa Chrystusa jest dla nas drogą, prawdą i życiem - podkreślił abp Jędraszewski.
CZYTAJ DALEJ

Dzień Wspólnoty Ruchu Światło-Życie w Tarnowcu

2026-07-18 12:43

Archiwum Ruchu Światło-Życie

Spotkanie w Tarnowcu

Spotkanie w Tarnowcu

To jedno z najważniejszych wydarzeń każdych rekolekcji oazowych, podczas którego uczestnicy gromadzą się, aby wspólnie modlić się, celebrować Eucharystię i odkrywać piękno Kościoła jako wspólnoty uczniów Chrystusa.

Uroczystą Mszę Świętą celebrował bp Krzysztof Chudzio, nowy biskup diecezji rzeszowskiej. W homilii zachęcał młodych, aby nie bali się otwierać swoich serc na działanie Ducha Świętego. To właśnie Duch Święty uzdalnia człowieka do odwagi, prowadzi go ku dojrzałej wierze i daje siłę, by każdego dnia być świadkiem Jezusa Chrystusa w rodzinie, szkole, na studiach i w miejscu pracy.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję