Reklama

Wiara

Smutek Boga

Wydaje się oczywiste, że skoro Bóg przybrał ludzkie ciało, to stał się zdolny do cierpienia duchowego i fizycznego. Czy jednak był zdolny odczuwać ból wcześniej? Czy Bóg Ojciec może cierpieć? Czy Duch Święty może być smutny? Te pytania wcale nie są banalne, a odpowiedzi na nie oczywiste.

Niedziela Ogólnopolska 16/2023, str. 8-11

Adobe Stock

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Za nami kolejny Wielki Post. Pewnie niejeden z nas był wielokrotnie na Drodze Krzyżowej i idąc lub siedząc w ławce, medytował nad cierpieniem Chrystusa. Ludzie ukrzyżowali Go, bo nie umieli rozpoznać w Nim Syna Bożego. Smutek samotności w Ogrodzie Oliwnym, a potem ogrom bólu w czasie procesu, dźwigania krzyża i umierania na nim nie pozostawiają wątpliwości, że w Osobie Chrystusa Bóg doznał cierpienia, które okazało się dla nas zbawienne. Już od Izajaszowej pieśni o Słudze Jahwe, który został obarczony naszym cierpieniem, ludzie Biblii byli świadomi tego, że ludzkie cierpienie może mieć charakter zbawczy. Nowy Testament ukazał nam cierpienie Syna Bożego, które stało się naszym odkupieniem. Wydaje się więc oczywiste, że skoro Bóg przybrał ludzkie ciało, to stał się zdolny do odczuwania bólu, także tego fizycznego. Czy jednak był zdolny odczuwać ból wcześniej?

Na podobieństwo

Reklama

Ludzie Starego Testamentu byli przekonani, że poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak choćby Mojżesz, człowiek nie może zobaczyć Boga twarzą w twarz, bo groziłoby to śmiercią. Obowiązywał też zakaz wykonywania jakichkolwiek obrazów, rzeźb czy podobizn Boga, co różniło Izraelitów od innych narodów i religii. Bóg jest Duchem doskonałym i nie możemy Go przedstawiać. Jak w takim razie w ogóle o Nim mówić? Jedynym dostępnym sposobem jest wyobrażanie Go sobie na sposób ludzki, czyli to, co nazywamy antropomorfizacją. Ostatecznie jesteśmy przecież stworzeni na Jego obraz i podobieństwo. Dlatego Bóg Starego Testamentu cieszy się i gniewa, czasem traci cierpliwość, wzrusza się i jest zmęczony po 7 dniach stwarzania świata. Oczywiście, Izraelici rozumieli, że zmęczenie Boga jest inne od naszego, że Jego gniew to nie proste odbicie ludzkiej emocji, a Jego miłość nie jest podobna do naszej, która jest jak chmury o świtaniu. Nie zmienia to jednak faktu, że ze względu na nasze ograniczenia poznawcze tylko w ten sposób potrafimy mówić i pisać o wewnętrznym życiu Boga. Choć to Bóg jest wzorcem, a człowiek odbiciem, mechanizm może jednak działać także w drugą stronę. Patrząc na odlew, możemy nabrać wyobrażenia o tym, jak wyglądała jego forma. Ktoś napisał, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, a człowiek odpłacił Mu tym samym. Może jest w tym stwierdzeniu jakieś ziarno prawdy? Ponieważ nie możemy uchwycić poznawczo samej istoty Boga, szukamy Jego obrazu w nas, by zobaczyć Go niczym w lustrze. Oczywiście, zwłaszcza teraz, po grzechu pierworodnym, przypominamy nieraz krzywe zwierciadło, co może prowadzić do wypaczenia obrazu Boga, nie zmienia to jednak faktu, że jest to dla nas najprostszy dostępny sposób odkrywania Jego istoty. Kiedy więc pytamy o smutek i cierpienie Boga, patrzymy zwykle w głąb siebie i zastanawiamy się nad tym, co nas zasmuca i z jakich powodów najczęściej sami cierpimy.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Miłość, która boli

Reklama

Dzięki św. Janowi wiemy, że Bóg jest miłością. Dzięki własnemu doświadczeniu mamy przekonanie, że także my zostaliśmy stworzeni do budowania relacji, spośród których miłość jest najważniejsza. Bez niej nie możemy normalnie funkcjonować, rozwijać się, być szczęśliwi. Dlatego wszystko, co ogranicza przeżywanie miłości, staje się w nas źródłem cierpienia. Od czasu, kiedy byliśmy nastolatkami, zdajemy sobie sprawę, jak bardzo boli odrzucenie miłości. Nawet jeżeli ma ona raczkującą formę zakochania, brak pozytywnej odpowiedzi jej obiektu powoduje ogrom cierpienia. Nastolatkowi wydaje się często, że fakt, iż się w kimś zakochał, rodzi w tej osobie obowiązek odwzajemnienia uczucia. Z tego powodu powstaje wiele bolesnych nieporozumień, a odrzucenie prowadzi nieraz do dramatycznych reakcji. Dojrzały człowiek wie, że na wzajemność trzeba sobie zapracować, że jest ona wynikiem wolnego wyboru drugiej osoby. Czy z tego powodu nie cierpi, kiedy się tej wzajemności nie doczeka? Wiemy to najlepiej z własnego doświadczenia. Bóg stworzył nas z miłości. W trakcie budowania relacji z ludzkością często tę miłość pokazywał i potwierdzał na różne sposoby. Nawet w Starym Testamencie jest czasem porównywany do ojca, który uczy syna chodzić, do matki, która przytula niemowlę do swego policzka, albo do oblubieńca, który nie zważając na niewierności swej oblubienicy, zawsze daje jej szansę powrotu. I dlatego przeżywa głęboki smutek, kiedy ta Jego miłość nie jest kochana. Brak ludzkiej odpowiedzi czy wręcz odwrócenie się od Boga powoduje w Nim cierpienie. Bóg wie, że Jego intencje w miłości do człowieka są szczere. Wie, że Jego miłość nie tylko w niczym nas nie ogranicza, ale wręcz pomaga nam się rozwijać i stawać tym, kim naprawdę jesteśmy. Wie, bo takimi nas stworzył. Ale człowiek czasem tym intencjom nie ufa. Tak jak w rajskim ogrodzie, kiedy zakaz spożywania owocu poznania dobra i zła zostaje – za szatańską namową – odebrany jako nieuczciwość i podstęp Boga. Kiedy kogoś szczerze kochasz, a on ci mówi: „Nie, z pewnością jest w tym jakiś podstęp, pewnie chcesz mnie tylko wykorzystać i zabawić się moim kosztem”, to przeżywasz głęboki zawód i ból. Myślisz sobie: „Gdyby on/ona znał/a moje prawdziwe intencje, to z pewnością miłość zostałaby odwzajemniona. Jak udowodnić, że kocham szczerze?”. I dlatego Bóg okazuje czasem wręcz desperację w udowadnianiu nam swojej miłości, a szczytem tej desperacji stała się śmierć Jezusa na krzyżu. Czasem jednak nawet to okazuje się niewystarczające. Człowiek zawsze może znaleźć jakiś powód, by nie uwierzyć tej miłości, by się jej przestraszyć albo zwyczajnie ją zignorować. I właśnie to staje się źródłem Bożego cierpienia. Nie jest to jednak ból wywołany zranieniem ego Boga. Przecież On może być doskonale szczęśliwy także bez naszego odwzajemnienia miłości.

Dlaczego więc cierpi?

Być może dlatego, że wie, iż człowiek pozbawiony tej najważniejszej relacji swojego życia nie może być tak szczęśliwy, jakim mógłby być, gdyby ją miał i przeżywał w pełni. Bóg cierpi z powodu naszej straty, nie swojej. To bardziej cierpienie rodzica, który widzi, że jego dziecko nie chce się uczyć, rozwijać, nawiązywać zdrowych relacji, lecz zamyka się we własnym świecie, skupiając się na egoistycznym przeżywaniu przyjemności. I chodzi tu nie o zranione ambicje rodzica, lecz o cierpienie wywołane tym, że jego dziecku umyka coś, co mogłoby dać mu szczęście i poczucie spełnienia. Czy Bóg mógłby temu zapobiec? Tak, ale musiałoby się to odbyć kosztem odebrania nam wolności. I tej ceny nie chce zapłacić, bo wie, że bez wolności bylibyśmy jeszcze bardziej nieszczęśliwi. Pragnie naszej miłości, ale tylko tej, która zostaje świadomie wybrana i przeżyta. A gdy jej nie otrzymuje, cierpi i współczuje nam, że mogąc mieć więcej, wybieramy mniej.

Bóg cierpi także wtedy, kiedy nie może nam pomóc. Kiedy przez wiele lat moja mama poważnie chorowała, opiekował się nią mój tata, który musiał przejąć także znaczną część domowych obowiązków. Kiedy przyjeżdżałem do domu rodzinnego, często szliśmy na długi spacer, żeby pogadać. Pytałem go, czy nie jest zmęczony tą ciągłą opieką. Odpowiedział, że nie męczy go gotowanie, sprzątanie, dbanie o zdrowie mamy. Jedyne, co naprawdę jest źródłem jego cierpienia, to to, że w żaden sposób nie może jej pomóc, gdy widzi, jak jest słaba albo coś ją boli. To wręcz wysysało z niego siły, zwłaszcza że wcześniej rodzice przeżyli to samo w stosunku do mojego chorego brata. Ale przecież Bóg może uzdrawiać! Więcej, często właśnie w chwili choroby, niepowodzeń życiowych, problemów po ludzku nie do rozwiązania zwracamy się do Niego wręcz w sposób desperacki. Wiadomo – jak trwoga, to do Boga. I On wtedy często reaguje. A jak to wygląda po trwodze? Kiedy jesteśmy zdrowi, zadowoleni z życia, dobrze nam się materialnie powodzi, żyjemy w bezpiecznym i wolnym kraju? Jak łatwo wówczas zapominamy. A to właśnie wtedy czyha na nas wiele niebezpieczeństw. Obserwujemy, jak bogate społeczeństwa Zachodu ulegają coraz mocniejszej sekularyzacji, wpadają w pułapkę poczucia własnej samowystarczalności, oczekują od swoich krajów, że zapewnią im dostatek, bezpieczeństwo i rozwiążą wszystkie społeczne problemy. A kiedy tego nie otrzymują, kiedy przychodzi trzęsienie ziemi, pandemia, pojawiają się zamieszki, w pobliżu toczy się wojna, zaczynają gwałtownie rosnąć ceny – ci sami ludzie wpadają w przygnębienie, zaczynają się leczyć na depresję, czują się coraz bardziej bezradni. To w zamożnych, wolnych społeczeństwach jest o wiele więcej depresji, samobójstw, alkoholizmu i narkomanii niż w społeczeństwach, które muszą zmagać się z problemami biedy, głodu, braku opieki medycznej. Właśnie w bogatych społeczeństwach widać również coraz większe pogubienie się ludzi w świecie wartości. Jestem panem życia i samego siebie, nikt mi nie będzie mówił, jak mam żyć, co jest dobre, a co złe. Kocham, kiedy mam ochotę i jak mam ochotę. I kiedy mam ochotę, przestaję. Liczy się moje szczęście, mój dobrostan, moja samorealizacja. Mam tyle sposobów na bycie szczęśliwym, że w końcu kiedyś znajdę ten właściwy. Ja. Ja sam. Bez niczyjej pomocy. A jeśli mi smutno i mam poczucie pustki, mogę się napić, iść do terapeuty, pojechać na wspaniały urlop albo rzucić się w wir seksualnych doznań. Ja. Ja sam, no może czasem używając innego człowieka jako środka do celu.

Wszechmogący nie może?

Czy wszechmogący Bóg nie może nam pomóc? Nie żeby nie mógł nas uzdrowić z choroby, kiedy o to błagamy. Nie żeby nie mógł nam pomóc budować szczęśliwe relacje, znaleźć pracę, mieszkanie. To wszystko czyni, kiedy Go o to usilnie prosimy. Bóg nie może nam pomóc wtedy, kiedy jesteśmy przekonani o własnej samowystarczalności. Kiedy postanawiamy budować swoje szczęście w oderwaniu od Niego, a czasem wręcz wbrew Jego zasadom. Nie może nam pomóc, kiedy próbujemy zająć Jego miejsce. Kiedy jesteśmy jak balonik, który wyrwał się z ręki dziecka i szybuje ku wymarzonej wolności. Ale wkrótce doświadczy samotności bycia w bezmiarze, bycia nikomu niepotrzebnym, braku zewnętrznego ciśnienia, co ostatecznie rozerwie go od środka. Podobnie cierpi Bóg, gdy daje nam miłość, sens i poczucie przynależności, a my, jak ten balonik, pękamy, odlatujemy poza granice widoczności. Tak, wtedy nawet Bóg przeżywa swoje cierpienie.

2023-04-06 15:25

Oceń: +9 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pieszo do Asyżu - część 6

2026-07-13 16:58

Ks. Łukasz Romańczuk

W drodze do Asyżu

W drodze do Asyżu

Szósty dzień zapowiadał się na bardzo intensywny. Widać było, że na pielgrzymów czeka trudny odcinek drogi. Rzeczywistość okazała się prawie inna, a na końcu padały słowa: “Jak było pięknie”.

Pierwsza część drogi przebiegała przez trzy miejscowości połączone ze sobą. W Gubbio znajduje się wiele kościołów, ale na trasie był tylko jeden, taki przy wejściu do parku. Widać, że miał swoją piękną historię, a jest także odwiedzany przez pielgrzymujących do Asyżu, o czym świadczą wpisy w księdze pamiątkowej. Zasadniczo mapa wskazywała, że nic szczególnego w tej części drogi nie miało być. W zasadzie nie było, oprócz tego, że na jednym wzniesieniu obok drzewa wisiała kartka w języku angielskim, aby w razie chęci na kawę, czy wodę zadzwonić w dzwonek. Mając świadomość drogi i dalszej leśnej drogi, nie było lepszej opcji jak skorzystać. Młody Włoch, prowadzący w tym miejscu dom agroturystyczny, z radością przygotował kawę, która dodała energii na dalszą drogę- ostro w górę. Na trasie, już poza cywilizacją, znajdował się Erem San Pietro in Vigneto. To było na 16 km. Bardzo piękne i gościnne miejsce, gdzie służbę dla pielgrzymów odbywają wolontariusze. Szef, pan Benedetto, na starcie częstuje zimną wodą i espresso. A w tym miejscu odpoczynku można było spotkać innych pielgrzymów m.in. z Chorwacji. Zaskoczyło mnie bardzo, gdy usłyszałem łamany język polski. Była to siostra zakonna, która wraz z grupą włoską podąża także do Asyżu. (Jeżeli dobrze zrozumiałem). Po krótkim odpoczynku przyszła pora na ostatni etap. Najtrudniejszy, ale bardzo malowniczy. Jezioro di Valfabbrica dodawało uroku pięknym, górskim widokom. Minusem było to, że ¾ tego etapu szło się ostro w górę. Pod koniec drogi czekała mnie miła niespodzianka. Wyczerpany kilkoma kilometrami w górę, nagle dotarłem do zabudowań. Starsze małżeństwo zaczęło machać do mnie, żebym usiadł i odpoczął. Skorzystałem z tego zaproszenia. Niestety niefortunnie promienie słoneczne, a było w tym momencie tylko 31 stopni, zaczęły nagrzewać moją sutannę, lecz udało mi się wygospodarować kawałek cienia pod parasolem. Pani gospodyni zaproponowała tradycyjną włoską kawę, z domu słychać było intro “Mody na sukces”, gospodarz wskazał mi źródełko z chłodną wodą dla pielgrzymów. Dowiedziałem się, że w ich parafii posługuje ksiądz z Polski, ksiądz Krzysztof i, że bardzo tego kapłana szanują, wręcz kochają. Miło słyszeć takie słowa. Nie można też nadużywać gościnności, więc po wypiciu kawy i krótkiej rozmowie poszedłem dalej, w górę, kończąc ten etap drogi. Na zakończenie dnia Eucharystia. Asyż coraz bliżej.
CZYTAJ DALEJ

S. Gaudia Skass: Gdy wpadam w małości, Jezus mi pokazuje: „Dziewczyno, Ja to naprawdę wszystko ogarniam"

2026-07-12 11:07

Archiwum prywatne

S. Gaudia Skass

S. Gaudia Skass

Siostra Gaudia Skass ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia łączy życie zakonne z nieustannym byciem w drodze i głoszeniem charyzmatu Bożego Miłosierdzia. W rozmowie z okazji Festiwalu Życia w Kokotku otwarcie opowiada o swoich lękach, wewnętrznych zmaganiach i głębokim zaufaniu Jezusowi, który – jak podkreśla – „wszystko ogarnia”. Siostra dzieli się też cennymi wskazówkami, jak autentycznie mówić o Bogu młodym ludziom oraz dlaczego temat nieufności jest jednym z najważniejszych w życiu duchowym.

Karol Porwich: Jak można pogodzić życie zakonne z aktywnym głoszeniem charyzmatu Bożego Miłosierdzia z życiem w drodze?
CZYTAJ DALEJ

Minister funduszy chce wyższego wieku emerytalnego dla bezdzietnych kobiet

2026-07-14 07:23

[ TEMATY ]

Katarzyna Pełczyńska‑Nałęcz

wiek emerytalny

Autorstwa Gov.pl/commons.wikimedia.org

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz

Minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz spróbuje przekonać ministra finansów do podwyższenia drugiego progu podatkowego. Przewodnicząca Polski 2050 chce też wyższego wieku emerytalnego dla bezdzietnych kobiet. Propozycję Katarzyny Pełczyńskiej–Nałęcz torpedują koalicjanci i opozycja - informuje Radio Maryja.

Podwyższenie drugiego progu podatkowego aż do 180 tysięcy złotych rocznie to jedna z głównych obietnic kandydata PiS na premier Przemysława Czarnka.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję