Reklama

Historia

Powstanie od kuchni

Nie mniejszym bohaterstwem od walczących powstańców wykazywali się też ci, którzy organizowali dla nich jedzenie.

Niedziela Ogólnopolska 34/2024, str. 28-29

[ TEMATY ]

historia

powstanie

Tadeusz Bukowski "Bończa"/MPW

Przygotowywanie posiłku w dniach powstania. Podwórko przy Kredytowej 3.

Przygotowywanie posiłku w dniach powstania.
Podwórko przy Kredytowej 3.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Ludność Warszawy na długo przed powstaniem czuła, że szykuje się jakieś zbrojne wystąpienie. Mimo okupacyjnych braków większość mieszkańców, a szczególnie mieszkanek stolicy, starała się oszczędzać, żeby zgromadzić jakieś zapasy żywności na czarną godzinę. W piwnicach i schowkach ukrywano suchary, kasze, makarony, groch, mąkę i odpowiednio zabezpieczone tłuszcze – wszystko, co nie psuło się zbyt szybko.

Powstańczy dowódcy także zdawali sobie sprawę, że żołnierz nie będzie dobrze walczył z pustym brzuchem. Zarządzili zatem, że chłopcy i dziewczęta z Armii Krajowej mają się stawić z zapasami żywności na 3 dni, a gdyby powstanie potrwało nieco dłużej, miała wystarczyć aprowizacja zdobyta na Niemcach. Nikt nie zakładał, że Armia Czerwona zatrzyma się po drugiej stronie Wisły, a walki w stolicy będą trwały 2 miesiące.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Zupa plujka

Reklama

W pierwszych dniach powstania nikt nie głodował. Cywile spontanicznie budowali barykady, a także chętnie dzielili się żywnością z walczącymi. Szybko zaczęły funkcjonować także powstańcze stołówki, w których szykowano regularne posiłki nawet dla kilkuset osób. Najczęściej zupę, ponieważ łatwiej ją było podzielić na równe porcje, a w razie czego rozcieńczyć. Jedna z kucharek wspominała: „Przez pierwsze 2 tygodnie zupa była wspaniała i zaspokajała w pełni młode apetyty. W kuchni na stolnicy leżały góry mąki, z której skubałyśmy ręcznie zacierki. Zwały końskiego mięsa krajałyśmy w kawałki i wrzucały do zupy. W kotłach gotowała się fasola, do tego dochodziło mięso, a na końcu dodawałyśmy zacierki”.

Gorzej, gdy trzeba było gotować pod ostrzałem. Od wybuchów trzęsły się budynki i paleniska, na których stały kotły. Z sufitów i ścian do jedzenia sypały się tynk i pokruszone szkło. Często trzeba było gotowanie zaczynać kilka razy od nowa. O ile kuchnia przetrwała bombardowanie. Kilkanaście dziewcząt przygotowujących posiłki dla batalionu „Parasol” zginęło pod gruzami pałacu Krasińskich. A nie był to odosobniony wypadek.

Reklama

W połowie sierpnia zapasy zaczęły się wyczerpywać. Szczęśliwie zajęty został przez powstańców browar Haberbuscha i Schielego przy ul. Ceglanej z dużymi zapasami jęczmienia. Stał się on w pewnym momencie w stolicy najważniejszym składnikiem pożywienia, z którego przygotowywano popularną zupę. Jęczmień trzeba było najpierw zemleć w młynku do kawy, a później moczyć w wodzie. Sposobów gotowania tak przygotowanego ziarna było mnóstwo, ale nigdy nie udawało się pozbyć długich, twardych plew, które tak kłuły podniebienie, że po każdej łyżce trzeba było je wypluwać. Dlatego tę zupę nazywano powszechnie „zupą plujką” lub „plujzupą”. Niektórzy z jęczmienia próbowali smażyć placki na oleju, np. ze zdobytej olejarni przy ul. Gdańskiej. Jedna z kobiet wspominała: „Dostałam jako przydział butelkę czarnego zdobycznego oleju, ale nie miałam na nim co smażyć. Parę razy kupiliśmy mięso końskie, które przyniosła do domu jakaś kobieta i sprzedawała za koszule męskie. Gdy raz zorientowałam się, że sprzedano mi mięso psie, straciłam jakoś chęć do tych transakcji”.

Królik w śmietanie

Bardzo szybko jednak pozbyto się takich skrupułów i zmieniono zdanie na temat, co jest jadalne, a co nie. Każdy kawałek mięsa był bezcenny. W krótkim czasie w Warszawie zniknęły gołębie i zwierzęta uważane dotychczas za domowe. Ciotka powojennego premiera Cyrankiewicza ukrywała się w jednej z warszawskich piwnic ze swoimi cocker-spanielami. Podczas jednego ze spacerów na zewnątrz psy zaginęły bezpowrotnie, tylko jeden z powstańców wspominał później, że „jak się cocker-spaniela obedrze z futra, to jest w środku bardzo małym zwierzątkiem”. Podobnie było z kotami, których mięso uważano za rarytas i porównywano z cielęciną. Takim specjałem, usmażonym na olejku do opalania, poczęstowano dowódcę powstania Tadeusza Bora-Komorowskiego, kiedy w jednym z oddziałów wręczał ordery. Do końca udawał, że je królika w śmietanie.

Nieliczne krowy, które trzymano w obrębie miasta, były zażarcie bronione przez matki potrzebujące mleka dla najmłodszych. Nie miały one czym wykarmić niemowląt, bo często ze stresu i braku dobrego pożywienia traciły pokarm i bezradnie patrzyły na głodową śmierć swoich dzieci.

Reklama

Jeden z powstańców napisał: „Miałem kwaterę w mieszkaniu, gdzie pani urodziła dzidziusia, chciała mu dać jeść, ale nie miała pokarmu. Dziecko płakało, ona płakała nad tym dzieckiem i z mąki robiła kleik, dziecko biegunkę dostało. Była jedna krowa, kwatermistrz chował krowę, żeby było mleka dla dzieci. AL-owcy tę krowę dopadli, zabili i zjedli, i nie było mleka”.

Między grządkami

Jedzenia trzeba było szukać. Czasem takie wyprawy wiązały się z pokonywaniem pod ostrzałem kilometrowych szlaków na kartofliska czy ogródki działkowe – przechodzono z piwnicy do piwnicy, przeskakiwano ulice. Takim zaopatrzeniem dla oddziałów powstańczych zajmowały się najczęściej dziewczęta, czasem przyuczały do takiej służby kolegów: „Chłopaki chyba nigdy w życiu nie widzieli kopania. Biorę od któregoś motykę, pokazuję, fiiit... kulka prawie musnęła włosy. Padnij. Zaczęli iść na czworakach, niełatwo w takiej pozycji. Ale już mają nas na celowniku, szyją seriami, szczęściem przenosi. Kryć głowy, plackiem!”. Gwarantem sukcesu był czas. Kopacze musieli szybko wpaść między grządki, zebrać tyle ziemniaków i innych warzyw, ile się dało, i równie szybko zniknąć, zanim Niemcy zdążą wysłać uzbrojony patrol. Osobną sprawą był szczęśliwy powrót z zebranym jedzeniem i rozprowadzenie go po powstańczych jadłodajniach.

Podobnie niebezpieczne były też wyprawy po wodę, która była dostępna w nielicznych studniach. Te miejsca były szczególnie często ostrzeliwane przez Niemców. Tworzyły się ogromne kolejki – każdy musiał swoje odstać i liczyć się z tym, że trafi na ostrzał artyleryjski albo bombardowanie. Wolno było napełniać tylko jeden kubeł na rodzinę – wody musiało wystarczyć dla każdego.

W końcu września głód opanował już całe miasto. Wszystkie magazyny, spiżarnie i sklepy świeciły pustkami, Niemcy odcięli także dostęp do ogródków działkowych. Los ludności cywilnej stał się dramatyczny, tym bardziej że noce stawały się z dnia na dzień zimniejsze. Także powstańcy jedli rzadko. Jeśli znajdowali w zajmowanych domach jakieś zapasy, najczęściej były to zarobaczone suchary. Jedli i to, bo nie mieli wyboru.

Ci, którzy przeżyli wojnę, czasem do końca życia nie mogli się wyzwolić z traumy głodu. Szanowali każdy okruszek chleba, nie marnowali żywności. Jedna z dziewcząt walczących w powstaniu wspominała po latach, że takiego głodu jak wtedy nigdy więcej nie zaznała: „Jedzenie! Do dziś, ile razy zabieram się do jedzenia, jestem po prostu szczęśliwa”.

Tekst oparty głównie na książce Aleksandry Zaprutko-Janickiej Okupacja od kuchni.

2024-08-20 14:26

Ocena: +5 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Z pałacowych komnat na kościelną ambonę

Niedziela przemyska 16/2015, str. 8

[ TEMATY ]

historia

zakony

Arkadiusz Bednarczyk

Kiedy wybuchła epidemia cholery jezuici posługiwali w szpitalu wojskowym

Kiedy wybuchła epidemia cholery
jezuici posługiwali w szpitalu
wojskowym

17 maja 1820 r. w koszarach wojskowych na tzw. Sztermerówce w Łańcucie ktoś zaprószył ogień. W ciągu kilku godzin miasto stanęło w płomieniach

Zgorzał klasztor i kościół Dominikanów, który nigdy już potem nie odzyskał swojej świetności (zamieniony został na austriackie koszary wojskowe), pożar uszkodził kościół parafialny, spalił się ratusz i cała drewniana zabudowa w Rynku, m.in. charakterystyczne domy z podcieniami.
CZYTAJ DALEJ

Św. Iwo - mniej znany święty

Iwo Hélory żył w latach 1253 -1303 we Francji, w Bretanii. Urodził się w Kermartin, w pobliżu Tréguier. Po ukończeniu 14. roku życia studiował w Paryżu na Wydziale Sztuk Wyzwolonych, później na Wydziale Prawa Kanonicznego i Teologii, a w Orleanie na Wydziale Prawa Cywilnego.

Po trwających 10 lat studiach powrócił do rodzinnej Bretanii. Do 30. roku życia pozostawał - jako człowiek świecki - na stanowisku oficjała diecezjalnego w Rennes, sprawując w imieniu biskupa funkcje sędziowskie. Zasłynął jako człowiek sprawiedliwy i nieprzekupny, obrońca interesów biedaków, za których nieraz sam opłacał koszty postępowania, a także - jako doskonały mediator w sporach. Później poszedł za głosem powołania i po przyjęciu święceń kapłańskich skupił się na pracy w przydzielonej mu parafii. Biskup powierzył mu niewielką parafię Trédrez, a po roku 1293 nieco większą - Louannec. Iwo od razu zjednał sobie parafian, dając przykład ubóstwa i modlitwy. W czasach, kiedy kapłani obowiązani byli odprawiać Mszę św. tylko w niedziele i święta, Iwo czynił to codziennie, niezależnie od tego, gdzie się znajdował. Często, chcąc pogodzić zwaśnionych, zanim zajął się sprawą jako sędzia, odprawiał w ich intencji Mszę św. - po niej serca skłóconych w jakiś cudowny sposób ulegały przemianie i jednali się bez rozprawy. Nadal chętnie służył wiedzą prawniczą wszystkim potrzebującym, sam żyjąc bardzo skromnie. Był doskonałym kaznodzieją. Iwo Hélory zmarł 19 maja 1303 r. W 1347 r. papież Klemens VI ogłosił go świętym. Jego kult rozpoczął się zaraz po jego śmierci i bardzo szybko rozprzestrzenił się poza granice Bretanii. Kościoły i kaplice jemu dedykowane zbudowano m.in. w Paryżu i w Rzymie. Wiele wydziałów prawa i uniwersytetów obrało go za patrona, m.in. w Nantes, Bazylei, Fryburgu, Wittenberdze, Salamance i Louvain. Został pochowany w Treguier we Francji, które jest odtąd miejscem corocznych pielgrzymek adwokatów w dniu 19 maja. Warto też dodać, że do Polski kult św. Iwona dotarł stosunkowo wcześnie. Już 25 lat po jego kanonizacji, w 1372 r. jeden z kanoników wrocławskiej kolegiaty św. Idziego, Bertold, ze swej pielgrzymki do Tréguier przywiózł relikwie świętego. Umieszczono je w jednym z bocznych ołtarzy kościoła św. Idziego. Również po relikwie św. Iwona pojechał opat Kanoników Regularnych Henricus Gallici. Na jego koszt do budującego się wówczas kościoła Najświętszej Maryi Panny na Piasku dobudowano kaplicę św. Iwona, w której umieszczono ołtarzyk szafkowy z relikwiami. Niestety, nie dotrwały one do naszych czasów, w przeciwieństwie do kultu, który, przerwany na początku XIX wieku, ożył w 1981 r. Od tego czasu w każdą pierwszą sobotę miesiąca w kaplicy św. Iwona zbierają się prawnicy wrocławscy na Mszy św. specjalnie dla nich sprawowanej. Drugim ważnym miejscem kultu św. Iwona w Polsce jest Iwonicz Zdrój, gdzie znajduje się jedyny w Polsce, jak się wydaje, kościół pw. św. Iwona, z przepiękną rzeźbioną w drewnie lipowym statuą Świętego. Warto też wspomnieć o zakładanych w XVII i XVIII wieku bractwach św. Iwona, gromadzących w swych szeregach środowiska prawnicze, a mających przyczynić się do ich odnowy moralnej. Bractwa te istniały przede wszystkim w miastach, gdzie zbierał się Trybunał Koronny: w Piotrkowie Trybunalskim (zał. w 1726 r.) i w Lublinie (1743 r.). W obydwu do dziś zachowały się obrazy przedstawiające Świętego: w Piotrkowie - w kościele Ojców Jezuitów, w Lublinie - w kościele parafialnym pw. Nawrócenia św. Pawła. Istniały też bractwa w Przemyślu (XVII w.), prawdopodobnie w Krakowie (zachował się XVIII-wieczny obraz św. Iwona w zakrystii kościoła Ojców Pijarów), w Warszawie i we Lwowie. W diecezji krakowskiej czczono św. Iwona w Nowym Korczynie (w 1715 r. w kościele Ojców Franciszkanów konsekrowano ołtarz św. Iwona) oraz w Nowym Sączu, w kręgach związanych z Bractwem Przemienienia Pańskiego. Natomiast we Wrocławiu, w kaplicy kościoła pw. Najświętszej Marii Panny na Piasku, znajduje się witraż wyobrażający św. Iwo. Został on ufundowany w 1996 r. przez adwokatów dolnośląskich z okazji 50-lecia tamtejszej adwokatury.
CZYTAJ DALEJ

Kraków: premier Węgier złożył kwiaty pod pomnikiem Jana Pawła II i zwiedził Wawel z kard. Rysiem

2026-05-19 17:16

[ TEMATY ]

Kraków

Węgry

PAP/Łukasz Gągulski

Premier Węgier Péter Magyiar wizytę w Polsce rozpoczął od wizyty na Wawelu, gdzie spotkał się z metropolitą krakowskim kard. Grzegorzem Rysiem. Wspólnie zwiedzili katedrę. Premier złożył też kwiaty pod pomnikiem Jana Pawła II.

Przed katedrą na Wawelu premiera Węgier przywitał kard. Grzegorz Ryś. Następnie Péter Magyiar złożył bukiet białych róż pod pomnikiem św. Jana Pawła II, pod którym stał chwilę w ciszy. Następnie kard. Grzegorz Ryś oprowadził go po katedrze.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję