Reklama

Rodzina

Święta globtrotera

Podczas moich 50-letnich podróży reporterskich, niejednokrotnie przychodziło mi spędzać święta z dala od rodzinnych progów.

Niedziela Ogólnopolska 51‑52/2024, str. 23-25

[ TEMATY ]

wspomnienia

święta

Boże Narodzenie

prezenty

tradycje

Karol Pietkiewicz

Jacek Pałkiewicz, reporter, autor licznych książek podróżniczych

Jacek Pałkiewicz, reporter, autor licznych książek podróżniczych

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Kiedy byłem malcem i zbliżały się święta Bożego Narodzenia, przykładałem nos do witryn sklepowych z zabawkami, aby wybrać prezent, jaki chciałbym znaleźć pod choinką: kolejkę elektryczną, konia na biegunach, zabawkowy pistolet czy kurtkę szeryfa. Pisałem list do św. Mikołaja, a następnie przekazywałem go mamie do wysłania. Rankiem wielkiego dnia odkrywałem w pokoju tylko słodycze i byłem rozczarowany. Wtedy mama wyjaśniała, że w tym roku św. Mikołaj był biedny i nie mógł zadowolić nas wszystkich. Więc pomyślał o osłodzeniu naszych buź. Rozumieliśmy sytuację i mimo wszystko byliśmy szczęśliwi. W tamte dni zawsze było zimno i padał śnieg, więc lepiliśmy bałwana ze śniegu i rzucaliśmy się śnieżkami.

Ta magiczna atmosfera udzielała mi się każdego roku, a już szczególnie podczas moich 50-letnich podróży reporterskich, kiedy niejednokrotnie przychodziło mi spędzać święta z dala od rodzinnych progów. Ciążyła mi samotność, doskwierała tęsknota za ciepłem domowego ogniska, za wigilijnym stołem, za pełnymi wzruszeń czasami.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

W 1992 r. w takiej właśnie wiszącej w powietrzu świątecznej aurze ozdabiałem z maluchami świeżą, pachnącą jodełkę. Ich radość przerwał telefon – dzwonił naczelny redaktor Sette, ilustrowanego dodatku włoskiego Corriere della Sera. Claudio Sabelli Fioretti, który dla dziennikarzy był niemal półbogiem. Rzucił nieznoszącym sprzeciwu tonem: „Jutro musisz polecieć do Phnom Penh”. Właśnie wróciłem stamtąd przed tygodniem, miałem zrobić reportaż o włoskich karabinierach, którzy w ramach pokojowej misji ONZ pomagali narodowi kambodżańskiemu w podźwignięciu się z tragicznej przeszłości. Włoski dowódca odmówił współpracy, bo nie miałem zgody jego ministerstwa. Napisałem więc o stacjonujących tam Polakach. Okazało się, że po tej publikacji zadzwonił do redakcji rzecznik ministra obrony rozżalony, że Pałkiewicz nie wspomniał o żandarmerii. Teraz naczelny chciał, żeby tekst ukazał się jeszcze w ostatnim tygodniu roku.

– Claudio, to niemożliwe. Za 3 dni są przecież święta – zareagowałem stanowczo – czas celebrowania bliskości z rodziną.

– W porządku – rzucił zrezygnowany do słuchawki i się rozłączył. Rok wcześniej był ze mną na Kamczatce i darzył mnie swoją przychylnością.

Po chwili telefon odezwał się ponownie.

– Może jednak? Posłuchaj, porozmawiam z Lindą (żona autora – przyp. red.), wszystko jej wytłumaczę.

– Claudio, na miłość boską, bądź rozsądny – normalny człowiek Boże Narodzenie spędza tradycyjnie z rodziną. Czy ty tego nie pojmujesz?!

Poczułem się z tym źle. Znowu, przez nieszczęsny artykuł, zdradzę żonę, synów i tradycyjne wartości, które powinny mieć w życiu istotne znaczenie. A przecież nie raz zaklinałem się, że już nigdy więcej...

Zaległa głucha cisza. Oderwany od rzeczywistości wróciłem pamięcią do uniesienia, którego doznałem na widok pierwszego podpisanego moim nazwiskiem tekstu we włoskiej gazecie. Nie, nie mogłem zawieść zaufania redakcji gazety, którą się chełpiłem. Nie miałem wyjścia, byłem potrzebny i to się liczy. Targany sprzecznymi uczuciami przełknąłem gorzką pigułkę.

– Claudio, OK! – rzuciłem do słuchawki. – O której godzinie będzie taksówka na lotnisko?

Reklama

Znakomity reportażysta Wojciech Giełżyński uważał, że prawdziwy dziennikarz powinien być wyalienowany i gotów do niedorzecznych kroków.

Ktoś zapyta, czy naprawdę musiałem rozczarować rodzinę. My, reporterzy, często robimy jakieś głupstwa, codziennie podejmujemy wyzwania i nieustannie szukamy adrenaliny, wyłączności, jakiegoś hitu, wygrania z konkurencją. Taka jest nasza natura. Dziennikarz jest jak skorpion ze słynnej afrykańskiej przypowieści, który poprosił żabę o przetransportowanie go na drugi brzeg rzeki, ale w połowie drogi ukąsił ją śmiercionośnym żądłem, czym skazał na śmierć także siebie. A kiedy żaba w obliczu katastrofy zapytała dlaczego, drapieżny pajęczak odrzekł: taka jest moja natura. I tym razem Linda okazała, jak zawsze zresztą, swoją niewyczerpalną przychylność.

W efekcie podróż okazała się koszmarna, bo na skutek serii niefortunnych zdarzeń utknąłem na lotnisku w Bangkoku. Ciążyły mi złość i poczucie osamotnienia. Mimo że aeroport tętnił życiem, to w kolektywnej samotności otaczający ludzie wydawali mi się bezosobowi.

Na uboczu od bliskich, od solennego i hipnotyzującego nastroju, jak bumerang wracały wspomnienia z dzieciństwa. Nachodziły pełne zadumy myśli o wyczekiwaniu na pierwszą gwiazdę na niebie, o choince i kolędach. Wyobraźnię pobudzał pełny magnetyzmu zimowy całun, połączenie bieli i skrzypiącego mrozu, zamieniający codzienność w ulotną bajkę, która budziła w duszy ciepło i dobry nastrój.

Reklama

W wycieczce wspomnień przychodzą mi na myśl 2 lata spędzone na morzu. W ostatniej dekadzie grudnia 1974 r. po zawinięciu do portu w Norfolku, w sąsiedztwie największej na świecie bazy marynarki wojennej, urzędnik imigracyjny zdecydował, że obywatel kraju komunistycznego 4-dniowy postój statku spędzi internowany w hotelu. Dodam, że dobrej klasy, w sąsiedztwie jednego z nielicznych zabytków ery kolonialnej – kościoła św. Pawła, i na dodatek w towarzystwie panów z FBI, którzy pozwolili na spacer w promieniu pół mili od zakwaterowania.

Wprawdzie miasta nie widziałem zanadto, ale gorączka przedświąteczna była namacalna, poczynając od wyjątkowo efektownie udekorowanych domów, a nawet samochodów, po różnokolorowe lampiony czy przykuwające wzrok wystawy zapełnione świecącymi figurkami w postaci aniołków, mikołajów i reniferów. Najwięcej czasu spędziłem w wigilijny dzień na oglądaniu telewizji. Gapiłem się trochę na serial, w którym pod jednym dachem wielopokoleniowa rodzina zasiada do kolacji, i zaliczyłem To wspaniałe życie – filmowy klasyk na uroczystości wigilijne, który miał już prawie 30 lat. Na szczęście nadal był to film ciepły, uroczy i doskonale wprowadzający w klimat Gwiazdki. Także muzyka odgrywała ważną rolę w budowaniu świątecznego klimatu, stacje radiowe przypominały wszystkim jedną z najpopularniejszych i najchętniej słuchanych piosenek White Christmas, wykonywaną przez Binga Crosby’ego, Franka Sinatrę, Elvisa Presleya i prawdopodobnie przez każdego, kto uważał, że umie śpiewać. Pamiętam, że wielokrotnie w ciągu dnia przewijała się także Jingle Bell Rock, jedna z najpopularniejszych świątecznych piosenek, którą do dzisiaj można usłyszeć w różnych notowaniach na całym globie.

Reklama

Po złożeniu życzeń telefonicznych rodzicom późnym wieczorem, pod osłoną nocy, podpatrywałem przez niezasłonięte okna świętujących mieszkańców Norfolku. Wydawało się, że mój dawny dom z zimowym krajobrazem znajduje się na jakiejś odległej planecie. Wyobcowanie w dniu tak niezwykłym jak Narodzenie Pańskie – bez choinki, śniegu i rodzinnego obiadu – sprawia, że trudno jest się wyrwać ze szponów nostalgicznych rozmyślań, z poczucia samotności oraz tęsknoty za pełnymi wzruszeń czasami.

Na stole zawsze było dwanaście potraw, z symbolicznym dodatkowym nakryciem dla „zabłąkanego” wędrowca. Taki wyraz pamięci o nieobecnych bliskich, którzy z różnych przyczyn nie mogli przybyć. Pod śnieżnobiałym obrusem obowiązkowo musiało być siano, by upamiętnić żłóbek – miejsce narodzin Chrystusa. Zawsze wzbudzały ogromną ekscytację, i to nie tylko wśród najmłodszych członków rodziny, prezenty pod choinką. Nawet jeżeli ostatecznie upominki okazywały się totalnie nietrafione, to i tak przepięknie zapakowane wyglądały zachwycająco, a późniejsze ich radosne rozpakowywanie zawsze wzbudzało niemało emocji. I chociaż Gwiazdka, pogańskie święto pod przykrywką chrześcijańskiej uroczystości budujące poczucie więzi, nadziei i przebaczenia, przybiera postać coraz bardziej komercyjną i nastawioną na konsumpcję, wciąż zapewnia nam posmak uniesienia i magii najpiękniejszej nocy roku.

W Norfolku zabrakło drzewka, nie było śpiewu kolęd, łamania się opłatkiem z kuzynostwem oraz składania sobie życzeń pojednania i pokoju przy szopce z figurką Dzieciątka.

reporter, eksplorator

2024-12-17 12:16

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Podhale i sztuka

Jesienią kusi bogactwem ciepłych barw i szansą na górskie wędrówki bez tłumów. Podtatrzański region przyciąga niepowtarzalną sztuką, folklorem i tradycjami.

Unikatowy klimat tego miejsca już na stałe wpisał się w historię i kulturę Polski, jest obecny na płótnach, kartach książek, w muzyce i filmie. Zapraszamy na wędrówkę artystycznym szlakiem Podhala.
CZYTAJ DALEJ

Błogosławiona augustianka

Nauczyła się czytać i pisać, dopiero gdy wstąpiła do klasztoru. Była mistyczką, otrzymała dar łez i ekstaz. Upominała papieża Aleksandra VI.

Giovanna Negroni, znana wszystkim jako Nina, pochodziła z bardzo biednej, wieśniaczej rodziny Zanina i Giacominy Negroni. W Żywotach świętych z 1937 r. czytamy: „Rodzice jej, ludzie pobożni i cnotliwi, byli tak ubodzy, że nie mogli Weroniki posyłać do szkoły, tak że nie nauczyła się czytać ani pisać. Nie przeszkadzało jej to jednak nauczyć się od rodziców cnotliwości i gorącej miłości Pana Boga”. Nina zapragnęła życia zakonnego. W wieku 18 lat zapukała do drzwi surowego mediolańskiego klasztoru Sióstr Augustianek św. Marty, ale jej nie przyjęto. Giovanna Negroni nie zrezygnowała jednak ze swoich marzeń. W 1466 r., już jako 22-letnia dziewczyna, wstąpiła do klasztoru, gdzie pozostała do śmierci. Po przyjęciu otrzymała imię Weronika i powierzono jej najprostsze zadania. Opiekowała się portiernią, ogrodem i kurnikiem. Dla Weroniki najważniejsze były sprawy Boże i zjednoczenie się z Oblubieńcem. Dużo się modliła, podejmowała posty i pokutę. Została mistyczką. W kontemplacji osiągnęła taki stopień zaawansowania, że otrzymała dar łez, a nawet ekstaz. Otrzymała również dar proroctwa i czytania w ludzkich sercach. Bardzo intensywnie odczuwała swój stan jako grzeszny. Często rozważała Mękę Pańską. Gdy ze względu na jej słabe zdrowie proszono ją, by się oszczędzała, mówiła: „Chcę pracować, póki mam czas”. Ilekroć rozmyślała nad życiem Chrystusa i Jego cierpieniami, otrzymywała mistyczne wizje. Dopiero w klasztorze nauczyła się czytać i pisać. „Przez modlitwę i rozmyślanie rosła w niej znajomość rzeczy Boskich i w cnotach wielkie czyniła postępy” – czytamy w Żywotach świętych.
CZYTAJ DALEJ

Asteroida nazwana na cześć św. Faustyny

2026-01-13 16:54

[ TEMATY ]

niebo

Adobe.Stock

Święta Faustyna Kowalska została uhonorowana asteroidą. Grupa Robocza ds. Nazewnictwa Małych Ciał Niebieskich Międzynarodowej Unii Astronomicznej (IAU) ogłosiła w swoim najnowszym biuletynie (styczeń 2026 r.) uhonorowanie polskiej zakonnicy i mistyczki. Asteroida w pasie planetoid między Marsem a Jowiszem oficjalnie nosi teraz imię „(798737) Faustyna”. W zeszłym roku jej spowiednik, jezuita ks. Józef Andrasz, również został uhonorowany asteroidą.

Cudowny obraz Matki Bożej Miłosierdzia, czczony na całym świecie, a zwłaszcza w jej rodzinnej Polsce, jest inspirowany wizjami św. Faustyny. Zaproponowała również obchody Niedzieli Miłosierdzia Bożego, ustanowionej w 2000 roku przez papieża Jana Pawła II z okazji jej kanonizacji. Od tego czasu Niedziela Miłosierdzia Bożego obchodzona jest w drugą niedzielę Wielkanocy. Wspomnienie świętej przypada 5 października.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję