Można mieć wszystkie argumenty po swojej stronie, można ufać wyłącznie temu, co da się zmierzyć, zważyć, udowodnić. A jednak przychodzi chwila, która burzy ten porządek. Zjawia się niespodziewanie, nie w ciszy kontemplacji, ale w zwykłej codzienności. Tak zaczynają się historie ludzi, którzy latami budowali świat bez Boga. Uczeni, artyści, lekarze, pewni swoich przekonań, mocni w słowach, nieprzejednani wobec wiary. A jednak nagle wszystko się odmienia. Jakby jakaś niewidzialna ręka uchyliła drzwi do innego wymiaru. Ich logika została zaskoczona, a serce po raz pierwszy się otwarło.
I stało się światło
Było Boże Narodzenie 1886 r. W Paryżu panował zimowy chłód, a ulice wokół katedry Notre Dame błyszczały od świątecznych świateł. Wśród tłumu wiernych, którzy wchodzili do świątyni, znalazł się też młody mężczyzna o smutnym spojrzeniu i przenikliwym umyśle – Paul Claudel, 18-letni poeta, zakochany w literaturze, symbolizmie i... własnym rozumie. Nie przyszedł się modlić. Przyszedł z ciekawości, może z estetycznej fascynacji. Chciał „usłyszeć coś pięknego”, jak sam później napisał. Był sceptykiem, wychowanym w atmosferze francuskiego racjonalizmu, zapatrzony w poezję Rimbauda i Baudelaire’a, zafascynowany dekadencją. Uważał, że religia jest dla ludzi prostych, dla tych, którzy nie potrafią żyć samodzielnie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
