Wydawałoby się, błaha rzecz. Kto myśli o kominie? Ja. Rozpalam w piecu i wszystek dym, zamiast do komina, idzie na mieszkanie. Wtedy on, komin, zyskuje ogromne znaczenie. Uświadamiam sobie nagle jego istnienie i funkcję podstawową, a nie tylko dekoracyjną dachu. Mój komin, idę nawet na zewnątrz go zobaczyć, a raczej, czy się z niego dymi, wygląda okazale, trzyma się przyzwoicie. Tylko ja z niego korzystam, a więc w jakimś sensie jest moim osobistym kominem. Byłbym się z nim nie zapoznał w ogóle bezpośrednio, gdyby nie ta jego niefunkcjonalność. A tak jest to poznanie bliskie, gwałtowne i bolesne w skutkach. To nie tylko poznanie czy zbliżenie, ale też starcie, walka, operacja, wiwisekcja. Wszystko zaczyna się niewinnie.
Reklama
– Proboszcz mówił, żeby księdzu siennik nakłaść, bo sobie ksiądz nie radzi. – Kościelny potrafi coś zakomunikować i ugryźć jednocześnie. Mówi to z uśmiechem satysfakcji, pobłażania i wyższości, wszystko naraz. Aż dziw, że tyle wyrazu mieści się w jednym uśmiechu, właściwie grymasie twarzy. No cóż, muszę przełknąć te uszczypliwości, bo chcący czy niechcący mówi o stanie faktycznym, taka jest prawda. Próbowałem, ufając własnej harcerskiej sprawności, zrobić to sam i – co więcej – nie przyznawać się do błędu. Napchałem, jak potrafiłem najlepiej, ten siennik, sądząc, że to tylko słoma i jakoś musi się uleżeć. Co za filozofia, powtarzałem sobie w myśli. Zafundowałem sobie pręgierz, łoże boleści i doznań przedziwnych. Ale wciąż ufny we własne zdolności czekałem cierpliwie, kiedy już ta uparta, wbrew naturze, słoma ułoży się odpowiednio. Nie chciała. Z własnej woli i wbrew moim wysiłkom pozostawała kłębowiskiem kolących, dźgających, drapiących, złośliwych chaszczy. Nie przyznając się do błędu, nawet przed sobą, przeniosłem się na kozetkę. Było przyzwoicie po tych torturach ostatnich, ale też znacznie mniej wygodnie. Wąskie to i pewnie przeznaczone do poobiedniej drzemki raczej, tyle że honor ocalony, jak mniemałem. Gdy przyszły zimowe chłody, musiałem się poddać. I tu od razu sprawy dwie, bo do słomy dołączył zbuntowany komin. Kościelny, jak się okazało, jest specjalistą wszechstronnym.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
– Co to znaczy, że nie chce się palić? W piecu trzeba umieć. To nie byle co, ogień się składa, a nie podpala byle jak, to sztuka. Nauczę księdza przy okazji.
Uważa się powszechnie, że nauka jest za darmo. Akurat. On, fachowiec uniwersalny, uczy od razu kilku umiejętności i zupełnie bezpłatnie już, niejako przy okazji, cnoty i wartości bezcennej – pokory. Wydaje się, że tamte umiejętności wykłada czy demonstruje przypadkiem, a główną jego troską jest ta właśnie formacja duchowa. Jak się obrażać, skoro już to człowiek rozezna? Nie uchodzi. Czeka mnie ciekawy dzień. Mimo dymu zaczynamy jednak od siennika. Ile miał zabawy, wywlekając to moje kłębowisko, aż mu czapka spadła z tej uciechy do sąsieka.
– Na czymś takim to by się nawet moja kobyła nie położyła.
– Przecież konie śpią na stojąco – odszczekuję się, jak potrafię.
– Kładą się też, kładą – odpowiada spokojnie. – Wszystko trzeba umieć zrobić. Niech ksiądz patrzy.
Patrzę, uważnie nawet. Bierze po garści słomy owsianej, wyrównuje, jakby prasował w ręku, i wkłada powoli, starannie. I tak raz za razem. Już wiem, na czym polegał mój błąd, byłem zbyt niecierpliwy. Za szybko chciałem. A tu wszystko musi mieć swój rytm i tempo, jeśli ma być dobrze zrobione. Ten mój siennik ogromnieje w oczach.
– Wystarczy, bo mi się nie zmieści do łóżka.
Reklama
– Zmieści się, zmieści, a za tydzień będzie płasko.
Na żadnym już potem materacu, tapczanie, wersalce nie spało mi się tak dobrze jak na tym ręką kościelnego wypchanym sienniku z owsianą słomą. Chwała mu za to.
– No, to bierzmy się do pieca.
I tu nam niespodziewanie zeszło do wieczora, a prawdę mówiąc, wieczora dnia następnego. Ale po kolei. Podbudowany moimi pochwałami i niekłamanym zachwytem nad siennikiem, z zapałem dydaktycznym niczym niezmąconym, pan kościelny zabiera się do pieca.
– Niech ksiądz uważa, to na całe życie nauka. Żeby napalić w piecu, trzeba najpierw dobrze wybrać popiół.
– Wybrałem przecież, nic nie było.
– E tam.
Wybiera wszystko z mojego paleniska, kurzy przy tym niemiłosiernie. Składa ponownie, każąc mi się uważnie przyglądać, robi to z takim namaszczeniem, jakby dokonywał operacji ratującej życie. Najpierw zmięta gazeta, potem drobne szczapy, później grubsze drewienka. – No, tak to powinno wyglądać. Jak się dobrze zrobi, to nie ma siły. – Jest wyraźnie zadowolony ze swoich dokonań.
Nic już nie mówię, przecież układałem całkiem podobnie. Ale poczekajmy. Siennik też napychałem podobną słomą. Z miną imperatora dowodzącego pułkami jazdy i artylerii podświeca ogień, on zaś szybko łapie gazetę i szczapy. Wstaje, prostuje się i mówi pełen triumfu: – No i co, pali się? To trzeba umieć.
Reklama
A tu klops. Palić się pali, ale i dymi jak przedtem. Martwi go to trochę, zakłóca niepotrzebnie ten ciąg sukcesów i dydaktycznej ścieżki. Obchodzi uważnie piec, zagląda, czy szyber czasem niezamknięty. Wszystko w porządku, a kopci się jak nic. Główkuje, puka po rurze, przegrzebuje palenisko, ucho przystawia do pieca, czy kanał ciągnie, jak mówi: – Widać sadzę trzeba wypalić. Niech ksiądz idzie na dół po naftę do gospodyni.
Jest wyraźnie zafrasowany, mówi już mniej pewnie, spuścił z tonu najmniej o tercję. To wypalanie sadzy jest nawet widowiskowe, tylko o mało nie powodujemy pożaru. Kościelny ma opalone brwi i daszek czapki. Nic to nie dało. Kolejna diagnoza. – Komin musi być zatkany. Na dach trzeba wejść.
Idziemy razem. Ja z obowiązku dalszej nauki, a i z ciekawości, jaki widok będzie z dachu.
– Kawki pewnie nawrzucały patyków i badziewia jakiego.
Z samego dachu nie sięgamy, bo komin jest nie u szczytu dachu, jak zwykle, ale z boku i musi być wyższy od szczytu, potrzeba drabiny. A to już sensacja dla połowy wsi, dołączają inni. Proboszcz w przelocie tylko nam pogroził: – Tylko mi rynny gdzie nie oberwijcie!
Kościelny na drabinie, ja ją ubezpieczam, kijem próbuje przebić zatkany komin. Nie ma mowy. Konstrukcja jest mocna. Podają nam grubszy kij, też nic. Na dole pod nami trwają narady. Wreszcie wyciągają dyszel ze stojącego opodal konnego wozu. Każą mi zejść, bo zanosi się na poważną operację. Przynoszą kolejną drabinę. We dwójkę z całych sił usiłują tym dyszlem przebić przeszkodę. Zagrzewani przez gapiów, którzy podają im tempo, hej rup, walą rytmicznie raz po raz. Na próżno. Starszy sąsiad mówi wreszcie: – Dajcie spokój, komin rozwalicie, to nic nie da, tu trzeba wybrać.
Reklama
Niechętnie, ale się poddają. Okazuje się, że mój poprzednik nie palił w piecu, grzał piecami akumulacyjnymi, i tam może być składowisko z paru lat. Kiedy ludzie się rozchodzą, pan kościelny chce sprawdzić jeszcze jeden sposób.
– Wypalimy od góry. Polejemy naftą i zobaczymy.
– Mowy nie ma. Jeszcze mi plebanię podpalicie. Jutro kominiarza się wezwie. Obaście tacy fachowcy jak z koziej... puzon – podkpiwa z nas, usmolonych i zmęczonych, proboszcz.
– Niech się ksiądz nie martwi, jutro po Mszy się za to weźmiemy. Co tu kominiarz jakiś. Tu trzeba zduna i murarza w jednym. Ja się tym zajmę, spokojnie. Wybije się ze dwie cegły i po krzyku.
Na drugi dzień Sodoma i ta druga. Dobrze, że posłuchałem gospodyni i wyniosłem pościel na strych. Zaczyna się od mierzenia. – Na długość tego kija od góry, to tu gdzieś będzie początek, w takim razie kuć trzeba tutaj.
Wszystko to jest raczej mniej więcej, a więc mniej tak, a więcej nie, co wykujemy cegłę, to okazuje się, że trzeba jeszcze dalej. I tak z dwóch zrobiło się sześć cegieł i jeszcze nie ma końca. Poza tym, jak już złapaliśmy ten poziom, to okazuje się, że tak wczoraj ubili to wszystko w kominie, że nie sposób wyrwać teraz czegokolwiek. Wynoszę kilkanaście wiader rozmaitych gałęzi, szmat i czego tam jeszcze. Dziwimy się, że takie grube gałęzie ptaki potrafiły tam wznieść i wrzucić. Kilka pokoleń kawek się tam pewnie wylęgło.
Reklama
Wczoraj wydawało mi się, że jestem brudny, nie starczyło mi wyobraźni, jak może być bardziej i gorzej, dziś to widzę i wiem. Jeszcze tylko trzeba ukopać gliny i zamurować komin. Proste, niby wiem, gdzie kopać według instrukcji kościelnego, ale nie do końca, bo ziemia zamarznięta na kamień. Szpadel nie wystarczy, potrzebny kilof. Jakimś niezrozumiałym dla mnie cudem ukopałem pół wiadra, a on jeszcze się krzywił, że z piachem, a nie czysta glina. – Niech ksiądz uważnie patrzy, bo w innej parafii mnie nie będzie, a fach się przyda. Chłop powinien wszystko umieć, bo jakby do każdej pierdoły fachowca wołać, to prędko z torbami trzeba by iść. Skąd wy się takie niemrawe bierzecie? Glinę trzeba rozrobić nie za rzadko, o tak...
Stoję nad nim posłusznie i patrzę, jak oczekuje, jednak w głowie kłębią się zbrodnicze myśli i tylko widmo ciepłego pokoju powstrzymuje mnie pewnie od morderczych zapędów. Pod wieczór wszystko jest gotowe. Pełen sukces, tylko pokój wygląda jak pobojowisko, a ściana z kominem ostropaciała, bo pośród rozmaitych umiejętności murarka to nienajmocniejsza umiejętność pana kościelnego.
– Makatkę ksiądz powiesi, o, albo fotelem zastawi. Jeszcze lepiej, bo będzie w plecy i głowę ciepło. – Pomysłów niespożytych, i to w każdej sprawie, w głowie pana kościelnego są zasoby nieprzebrane. Podparł się pod boki, głową kiwa z uznaniem, patrząc na swoje dzieło i całkiem pognębionego ucznia i pomocnika. Jeszcze mi chyba chciał jakimś słowem dołożyć, bo się za uchem drapał, ale poniechał pewnie, bo się zmiarkował, że na dworze już ciemno. – Idę, bo mi kobieta po łbie nastrzela i będzie miała rację, tyle czasu tu zmitrężyłem.
Podziwiam jego siłę i zapał niewyczerpany, ja jestem wykończony, a przecież mu tylko pomagałem, i to niemrawo. Dziękuję wylewnie, próbuję mu płacić, ale mnie oburczał i prawie się obraził. – Co to takie? Ja tu nie dla zarobku. Kto to widział z pieniędzmi wyjeżdżać? My tu tak nie robimy. Jak się pomaga, to z serca, a nie dla mamony. Kto to widział?
Na drugi dzień z komina dymi się, aż miło. Przyjemnie popatrzeć. Tylko kawki wydają się zdenerwowane, obsiadły pobliską akację i drą się krzykliwie. Protestują?
