Reklama

Żyć ze Stwardnieniem Rozsianym

Znaleźć słońce na niebie

Lekko się zataczał. Koledzy z bloku kwitowali krótko: napił się znowu po pracy. Musiał się bardzo skupić, żeby iść prosto. Stawało się jasne - coś z nim jest nie tak. Andrzej, dyplomowany zegarmistrz i pełen życia mężczyzna, w wieku 23 lat dowiedział się, że choruje na stwardnienie rozsiane (SM). A tak naprawdę, dopiero po diagnozie zebrał wiedzę o chorobie, która go dopadła.

Niedziela kielecka 24/2004

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Pozbierać się po diagnozie

Reklama

Zanim w 1986 r. stwierdzono u niego SM, dwa lata wcześniej poddał się badaniom neurologicznym, które wyszły całkiem poprawnie. Dotąd nie rozumie, jak to się stało. SM przyszło podstępnie. Pobyt na oddziale neurologicznym w szpitalu w Morawicy i 6-tygodniowa rehabilitacja pozwoliły mu względnie rozeznać swój stan. Czytał ulotki i biuletyny, zostawiane przez uczennice szkoły pielęgniarskiej, chytrze podpytywał niezbyt skorych do udzielania informacji lekarzy. Wiedział już, że choroba nie jest dziedziczna ani zaraźliwa, nie jest też chorobą psychiczną; że atakuje - przeważnie - narządy ruchu. Że może przestać mówić. Wiedział, że SM potrafi go przykuć do wózka inwalidzkiego za 2 miesiące, 2 lata, a może dopiero za 20 lat? A może wcale…? Dowiedział się też, że śmierć następuje w następstwie powikłań, np. zapalenia płuc czy zakażenia dróg moczowych.
Czy rozpaczałem...? Jakoś nie. Powiedziałem sobie: nie wiem, ile czasu mi zostało, ale muszę w pełni i dobrze go wykorzystać. Z godnością i w szczęściu, na ile się da.
Ten plan zakładał znalezienie kogoś na dobre i na złe, czyli kandydatki na żonę. Ma być dobra, ciepła, wyrozumiała dla osoby chorej, wygląd zewnętrzny jest nieistotny - „tylko charakter”. Wiedział, że od razu pozna tę właściwą, ale i to, że znaleźć taką graniczy z cudem. Szukając tego cudu, pracował, leczył się, opiekował ciężko chorą na gościec postępowy matką, która od 8 lat nie opuszczała już mieszkania.

Ona, czyli znaleźć tę właściwą

Skala, według której oceniał znane mu dziewczyny, opierała się na ich zachowaniu i sposobie bycia „w domu, w kościele, w kawiarni i na ulicy”. Nieraz czas potrzebny na wypicie razem kawy wystarczał, żeby się rozczarować. No bo jeśli dziewczyna co chwilę spogląda na zegarek? Jeżeli jest ordynarna? Albo grubiańsko odrzuca jego grzeczną propozycję odprowadzenia do domu? Zadziera nosa? Jest bardzo pewna siebie?
W tym czasie musiał pogodzić się z laską. Znajomy lekarz wytłumaczył: Andrzej, z laską wszyscy zrozumieją, że jesteś chory. Bez laski - myślą - pijany z samego rana.
Tak więc chodził najpierw z jedną laską, potem o kulach, przed dwoma laty siadł na wózek. A także jeździ od dawna samochodem, który niepełnosprawnej osobie pomaga zachować to minimum wolności i samodzielności. „Maluchy” dostosowane do prowadzenia przez osobę niepełnosprawną, zostały teraz zastąpione fiatem cinquecento.
Cały czas znalezienie towarzyszki na dalsze życie wydawało mu się najważniejsze, tym bardziej, że mama już nie żyła. Poszukiwania przez biuro matrymonialne (o czym opowiada z wielkim humorem) okazały się zupełnie chybione. Aż wreszcie kolega (także niepełnosprawny, po chorobie Heine-Medina) mówi: jest chyba dziewczyna dla ciebie. Miła, dobra. Pracuje u inwalidów.
Mieszkała pod Kielcami. Odwiedzał ją dwa razy w tygodniu, stopniowo oswajał ze swoimi dolegliwościami. Mówił, zobacz, nogę mam swoją, a to tylko rodzaj protezy wzmacniającej kolano - i patrzył na jej reakcję. Dobry, wyrozumiały uśmiech. Mówił, na spacerki raczej nie będziemy chodzili. Mam wadę serca. Zmieniam pracę, aby wypracować lepszą rentę. Nie wiem, jak długo będę żył...
Ale tego to akurat nikt nie wie. Nawet ten bogaty. Ani ten piękny. I ten mający tak wiele, że już nikt i nic go nie cieszy.
Andrzej dał Jasi swoją kartę ze szpitala i wszystkie zaświadczenia dokumentujące chorobę; poprosił, aby skonsultowała się z lekarzem. I by podjęła decyzję, co do ich przyszłości. Mieli się spotkać jak zwykle w środę, ale już we wtorek był u niej w pracy. Jej oczy i uśmiech z daleka mówiły: „tak”. Pobrali się 14 października 1989 r. w budowanym wtedy kościele Miłosierdzia Bożego. Dzisiaj Andrzej mówi po prostu: „kochane słoneczko zaświeciło na moim niebie”

Na dobre i na złe

Andrzej wygląda dobrze i młodo, na pewno nie na swoje 40 lat. Opowiada, jak to jeszcze do niedawna miał wypełnioną całą dobę. Przekwalifikował się na konserwatora urządzeń kontroli pojazdów i czasu pracy kierowcy. Przez dwie kadencje pełnił funkcję przewodniczącego Kieleckiego Stowarzyszenia Chorych na Stwardnienie Rozsiane; współpracował m.in. z Radiem „Jedność” na rzecz propagowania wiedzy o środowisku i chorobie SM.
Małżonkowie trzykrotnie zmieniali mieszkanie, począwszy od szóstego, przez pierwsze piętro do parteru. Początkowo wydawało się to do udźwignięcia - bo co to jest pierwsze piętro! Ale gdy trzykrotnie spadł ze schodów, gdy z licznymi obrażeniami (np. pękniętym biodrem) znalazł się w szpitalu, wyszukali to mieszkanko na parterze. Gotowy podjazd do bloku, łuki wewnątrz, żadnych progów - po prostu raj na ziemi.
Od 10 lat Andrzej przebywał na czasowej, przedłużanej rencie. W maju dostał na stałe I grupę inwalidzką. Żona (II grupa inwalidzka) pracuje w spółdzielni inwalidów.
Ona uwielbia kwiaty, obsadza nimi parapety i balkony, on pasjonuje się informatyką i w ogóle pracą i rozrywką przy komputerze.
Żyją skromnie, ale dzięki temu, że obydwoje mają względne źródło utrzymania - dla nich wystarcza, a i podzielić się też potrafią. Dzięki dofinansowaniu jednego z małżonków przez Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie, a drugiego przez Międzywojewódzką Usługową Spółdzielnię Inwalidów w Kielcach mogą pozwolić sobie na coroczny wyjazd do Kołobrzegu. Jadą z zaprzyjaźnionym małżeństwem, także niepełnosprawnym. Warunki są tam skromne, ale dla nich w sam raz, z dogodnym dostępem do morza.
Pół roku temu Andrzej przeszedł poważny zawał prawego płuca (przy zaburzeniach neurologicznych i - w ich następstwie - krążeniowych, jest to choroba spotykana u chorych na SM). Musiał zwolnić. Potrzebny był spokój. Cisza. Dom. Przerwał pracę.
„To takie nasze małe szczęście” - mówi dzisiaj. „Mamy przyjaciół - wśród osób sprawnych i niepełnosprawnych. Żona rozumie moje dolegliwości, ja rozumiem, że przy jej skoliozie ma prawo boleć ją kręgosłup. Nie planujemy dużo ani daleko. Osoba niepełnosprawna nie robi takich planów.
Ja zaakceptowałem siebie takim, jakim jestem. Nie rozpaczam i nie obarczam tym nikogo. Biorę laskę, kule czy wózek, tak jak inny ubiera codziennie koszulę. Chciałbym, żeby tak po prostu nas widziano i traktowano. Wolę, gdy ktoś na ulicy tylko prześlizgnie się po mnie spojrzeniem, niż rozczulanie się starszych pań: taki młody i na wózku, mój Boże”.
Tak, na wózku - ale tutaj, wewnątrz, dokładnie taki sam jak ty i ja, jak my wszyscy prosto i pewnie idący przed siebie.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2004-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Patron Dziennikarzy - św. Franciszek Salezy

Niedziela rzeszowska 5/2003

commons.wikimedia.org

Św. Franciszek Salezy

Św. Franciszek Salezy
24 stycznia dziennikarze czcili swojego patrona św. Franciszka Salezego, biskupa i doktora Kościoła. W tym roku, w naszej diecezji wspomnienie to miało szczególne znaczenie, ze względu na obchody 100- lecia pobytu w Jaśle, Sióstr Wizytek, zakonu kontemplacyjnego Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Zakon ten został założony właśnie przez tego Świętego. Na jubileusz ten nakłada się okrągła rocznica 400-lecia sakry biskupiej św. Franciszka Salezego. Akt ten miał miejsce 8 grudnia 1602 r. Jest więc okazja, by przypomnieć tą wspaniałą postać, polecając jego opiece wszystkich tych, którzy służą słowem pisanym, mówionym w radio i w telewizji. Św. Franciszek Salezy urodził się 23 sierpnia 1567 r. w rodzinnym zamku w Thorens, niedaleko Annecy we Francji. Ojciec planował dla syna wielką karierę. Zapewnił mu znakomite wykształcenie, najpierw w Annecy, potem w Paryżu i w Padwie. Po uzyskaniu na Uniwersytecie w Padwie doktoratu z zakresu prawa cywilnego i kanonicznego Franciszek powrócił do domu. Ojciec chciał, żeby został adwokatem i członkiem Senatu w Chambery. Upatrzył już nawet dla niego narzeczoną. Franciszek jednak, niemal wbrew ojcu, postanowił zostać kapłanem. Do swoich studiów prawniczych i literackich dołączył teologię. Kiedy otrzymał godność dziekana Kapituły Kanoników w Genewie, ojciec zgodził się z jego planami. Franciszek przyjął święcenia kapłańskie 18 grudnia 1593 r. Prawie rok później, 14 września 1594 r., biskup Genewy de Grenier wysłał go - młodego kapłana w okolice Chabalais. Ks. Franciszkowi towarzyszył jego krewny, kanonik Louis de Sales. Mieli oni tam, w okolicach jeziora Leman, odnowić wiarę katolicką. Obszar ten, bowiem został podbity w 1536 r. przez protestanckich Berneńczyków. Potem został zwrócony księciu Sabaudii. Pośród uprzedzeń, przeciwności i opozycji ks. Franciszek Salezy rozpoczął swą misję, która wytyczyła odtąd kierunek jego życia. Swoją modlitwą, pokutą, nauczaniem i pisarstwem potrafił on nawrócić do Kościoła katolickiego cały ten region. Swoją duchowość oparł na trzech znaczących pojęciach: "pobożność, miłość i miłosierdzie". Streszczają one całą rzeczywistość życia wewnętrznego, wyrażające: świętość, pobożność, pietyzm, miłość, doskonałość i doświadczenie Boga. 8 grudnia 1602 r. Franciszek Salezy otrzymał sakrę biskupią w Thorens. Przez następne 20 lat jako gorliwy pasterz dokładał wszelkich starań, aby odrodzić wiarę w Kościele w duchu reform Soboru Trydenckiego. Jego działalność sięgała poza Sabaudię. Był uznanym kaznodzieją w Paryżu, Chambéry i w Dijon. W tym ostatnim mieście, będącym stolicą Burgundii poznał baronową Joannę de Chantal, z którą 6 czerwca 1608 r. założył Zakon Nawiedzenia Maryi Panny. Zakon ten został zatwierdzony jako żyjący we wspólnocie, kontemplacyjny. Mogły do niego wstępować również wdowy, pragnące poświęcić się życiu zakonnemu, których nie mogły przyjmować inne zakony. Jako biskup, Franciszek Salezy troszczył się zarówno o bogatych, jak i o biednych. Ci ostatni mieli u niego szczególne względy. Franciszek głosił nie tylko kazania, ale prowadził także obfitą korespondencję. W 1608 r. napisał, z myślą o ludziach świeckich, dzieło Filotea - Wstęp do życia pobożnego. W 1616 r. napisał drugie dzieło - Traktat o miłości Bożej. To dzieło skierowane było przede wszystkim do zakonników i duchownych. Obydwie pozycje należą do klasyki duchowości. Franciszek Salezy zmarł 28 grudnia 1622 r. w Klasztorze Sióstr Wizytek w Lyonie. Proces beatyfikacyjny wszczęto w 1661 r., kanonizacja odbyła się 19 kwietnia 1665 r. Aktu tego dokonał papież Aleksander VII. Papież Pius IX ogłosił św. Franciszka Salezego doktorem Kościoła 16 listopada 1877 r.
CZYTAJ DALEJ

Watykan: Świeccy pracownicy rozczarowani niesprawiedliwym traktowaniem. Urząd Pracy Stolicy Apostolskiej reaguje

2026-01-23 12:33

[ TEMATY ]

Watykan

Vatican News

Pracujemy, aby nigdy nie dochodziło do sytuacji, w których prawa pracowników są pomijane lub naruszane - podkreśla ks. Marco Sprizzi, przewodniczący Urzędu Pracy Stolicy Apostolskiej (ULSA). W rozmowie z mediami watykańskimi odnosi się do nowego statutu ULSA oraz do niedawnego sondażu Stowarzyszenia Świeckich Pracowników Watykanu (ADLV). W tym badaniu część pracowników Stolicy Apostolskiej wskazała na poczucie niezadowolenia i niewłaściwe zachowania w miejscu pracy.

Jak wyjaśnia ks. Sprizzi, zatwierdzony w grudniu przez Papieża nowy statut ULSA jest wyrazem szczególnej troski o świat pracy w Stolicy Apostolskiej. „Została wzmocniona reprezentatywność oraz misja jedności i promocji Urzędu Pracy, według wizji św. Jana Pawła II i kolejnych papieży” - zaznacza ks. Sprizzi, podkreślając, że nie oznacza to ograniczenia ochrony pracowników, lecz jej dalsze umacnianie „w duchu dialogu i wzajemnego zaufania”.
CZYTAJ DALEJ

Łódź: Mariawicka Msza święta o jedność Kościoła

2026-01-24 11:43

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

ks. Paweł Kłys

Nabożeństwo Ekumeniczne w Kościele Starokatolików Mariawitów w Łodzi

Nabożeństwo Ekumeniczne w Kościele Starokatolików Mariawitów w Łodzi

W kolejnym dniu ekumenicznej modlitwy o jedność Kościoła liturgię celebrowano w Starokatolickim Kościele Mariawitów pw. św. Franciszka z Asyżu w Łodzi. Mszy świętej w rycie trydenckim (w języku polskim) przewodniczył duchowny mariawicki - brat kapłan Szczepan Orzechowski, proboszcz parafii w Dobrej.

W liturgii udział wzięli przedstawiciele bratnich Kościołów Chrześcijańskich zrzeszonych w łódzkim Oddziale Polskiej Rady Ekumenicznej oraz duchowni Kościoła Katolickiego, wśród nich bp Zbigniew Wołkowicz - administrator Archidiecezji Łódzkiej. 
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję