Reklama

Nasza rozmowa

Powstanie’44

Niedziela warszawska 31/2006

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Stanisław Klimaszewski: - Czy czasami boli Pan ręka od dawania autografów?

Norman Davies:- Nie zawsze jest ich aż tak dużo. Dwa lata temu, gdy wyszło Powstanie ’44, na autograf czekało 12 tys. ludzi. Oczywiście, wydanie książki towarzyszyło otwarciu Muzeum Powstania Warszawskiego. Ręka jest jeszcze mocna.

- Nad czym Pan teraz pracuje?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

- Nad historią II wojny światowej. Właściwie jest już napisana. W październiku ukaże się w Londynie. W Polsce później - za rok lub za dwa lata.

- Kolejny bestseller?

- Niekoniecznie. Mam wrażenie, że świat coraz gorzej rozumie tę wojnę, w miarę jak się ona oddala. Każdy pisze o niej, co chce. Np. Amerykanie myślą, że to oni ją wygrali. Tak też myśli niekiedy Europa. Wiadomo: na Pacyfiku Amerykanie byli główną siłą, ale na naszym kontynencie było inaczej. Wiemy, kto wygrał tę wojnę - niestety była to Armia Czerwona. Jeśli to się przyjmie do wiadomości, a moim zdaniem nie ma tu dwóch zdań, i zauważy, że walczyła ona w służbie wielkiego tyrana, to nie można powiedzieć, że wygrała sprawiedliwość, wolność i demokracja.

- Konsekwencje tego odczuwamy do dziś.

- Oczywiście. Zimna wojna musiała trwać dlatego, że II wojna nie została rozstrzygnięta.

Reklama

- Z tego, co Pan mówi wynika, że Amerykanie przegrali tę wojnę na wiele lat.

- W każdym razie nie wygrali. To jest oczywiste nawet z punktu widzenia statystyki. Na początku, w 1939 r. posiadali mniej wojska niż Polska. Połowę tego, co Polska. Niepoważnie mała armia. Musieli ją dopiero zbudować. W 1945 r. mieli gotowych do walki tylko 100 dywizji, gdy Rosjanie dysponowali 400 dywizjami.

- Panie Profesorze, będziemy czekali na tę książkę, do której Pan tak zachęcił. Teraz inne pytanie: czy to duża przyjemność być naukowcem zajmującym się historią Polski?

- Nie lubię, gdy określa się mnie „polonofilem”, bo to czasem szkodzi. Piszę nie tylko o Polsce. W tej o II wojnie światowej specjalnie dużo Polską się nie zajmuję.

- Niemniej, dużo książek Pan poświęcił naszej Ojczyźnie...

- Oczywiście. Historia Polskie jest bardzo ciekawa. Absolutnie nie żałuję, że jej historię wybrałem na początek swojej kariery, ale piszę też o innych sprawach.

- Jakie to ma dla Pana znaczenie, że tak dogłębnie poznał Pan nasze dzieje?

- Jest pewna satysfakcja. To tak, jak się zdobywa obcy język. Otwiera się nowy świat: z alternatywą i perspektywą na życie. Człowiek, który zna tylko jeden język, jeden kraj i jedną historię, jest o wiele uboższy.

- Co z poznania naszej historii wyniknęło dla Pana?

Reklama

- Gdy byłem studentem, chcieliśmy z kolegami jechać do Związku Radzieckiego, ale nie dostaliśmy wizy. Dlatego pojechałem do Polski, która zrobiła na mnie duże wrażenie. Zastaliśmy nie to, czego się spodziewaliśmy. Jako absolwent historii na Oxfordzie zauważyłem, że o tym kraju nie wiem nic. Chciałem to poprawić i... jestem w trakcie tej autopoprawki.

- Wpłynęło to na Pańskie życie?

- Oczywiście. Historia nie jest tematem obojętnym. Jestem wciągnięty w radości i smutki ludzi, których opisuję. Po pewnym czasie stają się oni jakby moją częścią. Jestem przybranym Polakiem, moja żona jest Polką, nasze dzieci są z Polską bardzo związane. To niemożliwe, żebym był obojętny. Nie znaczy to, że muszę wszystko chwalić. Pewne rzeczy mogę chwalić, inne krytykować. Ważne, że ktoś o Polsce pisze, reklamuje ją, bo ta promocja jest zaniedbana. Sąsiedzi Polski mają lepszy marketing, jeśli chodzi o historię.

- W ostatnich dziesięcioleciach Polska dała światu „Solidarność” i Jana Pawła II, a teraz - nawet w kontekście pielgrzymki Benedykta XVI do naszego kraju - mówi się, że od Polski może rozpocząć się reewangelizacja Europy. Sądzi Pan, że to możliwe?

- Na pewno dzięki wizycie Papieża Polska znalazła się na pierwszych stronach gazet, a przykład wiary Polaków może przynieść owoce. Ale problemy są bardzo głębokie: podział z protestantyzmem, schizma z prawosławiem, upadek religii w zachodniej Europie.

- Czasami mówi się, że Europa zamiera dlatego, że zamiera w niej wiara.

- Sądzę, że w historii były okresy upadku Kościoła, ale wcześniej czy później wiara się odbuduje.

- Czy obecny stan rzeczy Pana Profesora nie niepokoi?

Reklama

- Na pewno sytuacja jest niezdrowa. Ale ja się starzeję i wszystko widzę w gorszych barwach. Np. ostatni konkurs piosenki europejskiej wygrało jakieś monstrum. Nie było w tym ani piękna, ani śpiewu - a wygrali.

- Kard. Ratzinger, zanim został papieżem, napisał, że żeby wiedzieć, dokąd iść, trzeba wiedzieć, gdzie się jest. Czy Europa wie, gdzie się znajduje? Czy nieprzyjmowanie do wiadomości przez niektórych europejskich polityków tak dużych spraw jak tradycja nie jest niepokojące?

- Oczywiście. Człowiek, który nie ma pamięci, nie jest w stanie wrócić do domu. Nie może funkcjonować. Dlatego historia jest bardzo ważna. Ale też trzeba być realistą. Przeszłość Europy to nie jeden wielki błyszczący obraz.

- Czy Europa wie, dokąd zmierza?

- Unia w tej chwili trochę błądzi. Zmarli powojenni ojcowie jednoczenia Europy. Nie mamy mistrzów, polityków wielkiego formatów, którzy mieliby szerszą wizję i mogliby wokół niej zmobilizować ludzi. To nie znaczy, że Unia jest stracona i nie ma nadziei. Bez wspólnej Europy możemy wrócić do dawnej, gdy każde państwo było suwerenne i wolno było napaść na sąsiada.

Rozmowy na temat Polski rozpoczęto 13 października, zaledwie dziesięć dni po kapitulacji Warszawy. Był to jeden z najbardziej bolesnych momentów współczesnej dyplomacji. Premier Mikołajczyk przystąpił do pertraktacji ze Stalinem i Mołotowem, w pełni zdając sobie sprawę ze swojej słabej pozycji i z nieustępliwych żądań przeciwników w sprawie „granicy pokoju” z 1939 roku, którą teraz nazywano linią Curzona. Ale wciąż miał nadzieję, że - przy pomocy Zachodu - uda mu się osiągnąć jakiś kompromis, i podjął negocjacje w dobrej wierze. Po raz pierwszy towarzyszyli mu brytyjscy i amerykańscy dyplomaci; Eden już wcześniej specjalnie zapewnił go, że jego plan z 30 sierpnia zyskał „poparcie” Churchilla. W rzeczywistości został zwabiony na scenę z otwartą zapadnią, której istnienia nawet nie podejrzewał. W krytycznym momencie, kiedy zaczął wyjaśniać swoje stanowisko na temat granic, Mołotow brutalnie mu przerwał, oświadczając wszystkim zebranym, że Churchill i Roosevelt zgodzili się na linię Curzona poprzedniego roku podczas konferencji w Teheranie. W tej sytuacji Sowieci nie mogli zrozumieć, dlaczego Polacy w dalszym ciągu mają co do tego jakieś zastrzeżenia: „Ależ to wszystko zostało ustalone już w Teheranie”, rzucił [Mołotow] i jego spojrzenie powędrowało od Churchilla do Harrimana, którzy nagle zamilkli. Zażądałem wyjaśnień. Dorzucił więc, patrząc na Churchilla i amerykańskiego ambasadora: „Jeżeli panom pamięć nie dopisuje, pozwólcie, że przypomnę. Zgodziliśmy się w Teheranie, że Polska podzielona będzie wzdłuż linii Curzona. (...) Prezydent Roosevelt zgodził się na takie rozwiązanie, kładąc na ten fakt szczególny nacisk. Ustaliliśmy wówczas, że lepiej będzie nie ogłaszać żadnej publicznej deklaracji w tej sprawie”. Wstrząśnięty [premier], pamiętając o gorliwych zapewnieniach, jakie osobiście uzyskał od Roosevelta w Białym Domu, popatrzył na Churchilla i na Harrimana, milcząco błagając ich, aby nazwali te haniebne układy kłamstwem. Harriman patrzył na dywan leżący na podłodze. Churchill skierował wzrok [przed siebie]. „To prawda”, powiedział cichym głosem. Premier został z kretesem oszukany - nie tyle przez Sowietów, którzy byli brutalnie szczerzy, ile przez zachodnich aliantów. Nie miał do zrobienia nic, jak tylko zachować twarz i oświadczyć, że wraca do Londynu, aby się skonsultować ze swoim gabinetem.
(fragm. książki: Norman Davies, Powstanie ’44, Wydawnictwo Znak, s. 581-582)

2006-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Nie umrzesz w niełasce. Obiecuję!

„To nabożeństwo jest ostatnim wysiłkiem Mojej miłości i będzie dla ludzi jedynym ratunkiem w tych ostatnich czasach” – tymi słowami zwrócił się Pan Jezus do św. Małgorzaty Marii Alacoque w jednym z objawień, które stały się jej udziałem. Zbawiciel miał na myśli nabożeństwo do swojego Najświętszego Serca, a na jego propagatorkę wybrał właśnie francuską mistyczkę

Św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-90) posługiwała w klasztorze Sióstr Wizytek w Paray-le-Monial. Pan Jezus sam ją wybrał, aby objawić jej moc swojego Serca, „które tak bardzo kocha ludzi”, a spotyka się wyłącznie z niewdzięcznością, pogardą i obojętnością. Zapewnił przy tym, że Jego Serce aż kipi od łask, a dostąpią ich ci, których jedyną zasługą będzie, iż to Serce po prostu ukochają i będą Mu oddawać należną cześć.
CZYTAJ DALEJ

Agnieszka i Wojciech Amaro: Powołanie misyjne można realizować także poprzez wsparcie drugiego człowieka

2026-10-14 12:46

[ TEMATY ]

Wojciech Modest Amaro

Mat.prasowy FESTIWAL ŻYCIA

Wojciech Modest Amaro

Wojciech Modest Amaro

- Nie wykręcajmy się, mówiąc: „To nie jest dla mnie”. Misja jest dla ciebie - powiedział ks. dr Maciej Będziński, dyrektor krajowy Papieskich Dzieł Misyjnych, podczas konferencji prasowej zorganizowanej 14 października w Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie. W najbliższą niedzielę, 18 października, Kościół będzie obchodził 100. Światowy Dzień Misyjny pod hasłem „Jedno w Chrystusie, zjednoczeni w misji”. W ciągu ostatniej dekady z Polski przekazano na misje ponad 11,5 mln dolarów.

Otwierając konferencję, rzecznik KEP ks. Leszek Gęsiak SJ przypomniał, że Światowy Dzień Misyjny został ustanowiony 14 kwietnia 1926 r. przez papieża Piusa XI. Obchodzona w tym roku 18 października Niedziela Misyjna rozpocznie w Polsce Tydzień Misyjny. Jest ona świętem patronalnym Papieskich Dzieł Misyjnych oraz dniem solidarności Kościoła z misjonarzami pracującymi na całym świecie. Ks. Gęsiak zachęcił do modlitwy w ich intencji oraz materialnego wspierania działalności misyjnej.
CZYTAJ DALEJ

Zapalmy świecę poświęconą dzieciom utraconym

2026-10-14 19:02

[ TEMATY ]

apel

Romolo Tavani/pl.fotolia.com

Do zapalenia Świecy Pamięci oraz modlitwy za dzieci, które zmarły przed narodzeniem lub krótko po nim, zachęca Polska Federacja Ruchów Obrony Życia w związku z przypadającym 15 października Dniem Dziecka Utraconego. Przedstawiciele Federacji przypominają o znaczeniu godnego pożegnania i pochówku dzieci, a także o roli hospicjów perinatalnych, które otaczają opieką rodziny w obliczu niepomyślnej diagnozy prenatalnej.

Dzień Dziecka Utraconego jest okazją do upamiętnienia dzieci zmarłych przed narodzeniem lub niedługo po przyjściu na świat, a także do okazania solidarności z rodzicami przeżywającymi żałobę. W wielu miejscach Polski organizowane są Msze święte, nabożeństwa i wspólne modlitwy. Odbywają się również zbiorowe pochówki dzieci zmarłych przed narodzeniem, a na cmentarzach powstają specjalne Groby Dzieci Utraconych.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję