Reklama

Świętość przez codzienność

Mówią o sobie, że są normalni. Nie chcą idealizować. Świętość odkrywają przez codzienność. Dzieci potrafią rozmawiać z rodzicami, a rodzice słuchają tego, co mają do powiedzenia dzieci. Oto rodzina państwa Mrozów - zwyczajna i niezwyczajna zarazem

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Szedłem ulicami Bronowic - kiedyś wioski podkrakowskiej, gdzie odbywało się najsłynniejsze w Polsce wesele, dziś jednej z dzielnic Krakowa. Myślałem, że idę do nieznanych mi ludzi, że wejdę w granice rodzinnego życia... Rodziny, które odwiedzam, nie są przecież wybierane przeze mnie z jakiegoś katalogu. Ktoś kiedyś powiedział mi nawet, że nie wierzy w to, że te rodziny są takie „kryształowe”. Być może ktoś pomyśli, że opisuję utopie, rodzinne enklawy nieosiągalne w dzisiejszej rzeczywistości, że piszę rodzinne bajki. Nie. Przekraczam tylko drzwi domów i słucham... Nie szukam sensacji. Wiem, że łatwiej pisać o tym, jakie rodziny nie są. Lepiej jednak spojrzeć na to trochę inaczej i szukać rodzin, które nie pojawiają się na pierwszych stronach gazet, ale w ciszy domowego ogniska uczą, jak być świętym na co dzień.

Normalni - nie świętoszki

Reklama

Gdy odwiedziłem rodzinę państwa Mrozów, nie zastałem jej w pełnym składzie. Każdy ma przecież swoje zajęcia. Do pokoju zaprasza mnie Barbara i jej mąż Krzysztof. Gdzieś po kuchni krząta się najmłodszy, sześcioletni Antoś. Przy stole zasiada z nami Karolina, która prawie od roku nie mieszka z rodzicami. Założyła już rodzinę, ale wyprowadziła się kilka ulic stąd i często odwiedza rodziców. Mówi nawet, że jeszcze nie może przywyknąć do nowego miejsca, bo zawsze wraca do pustego mieszkania. A dom rodzinny był i jest zawsze pełny. Pełny nie tylko ludzi - Barbara i Krzysztof są, oprócz Karoliny i Antosia, rodzicami Sary (24 l.), Jana (21 l.), Tomasza (20 l.) i Szymona (14 l.) - jest pełen życzliwości, to dom, w którym rodzice rozmawiają z dziećmi i liczą się z ich zdaniem. Często opinie i poglądy, jakie ukształtowały w sobie dzieci, pozwalają rodzicom wychodzić ze schematów, w których oni się wychowywali. Barbara nie uważa, że ich rodzina jest bez wad. Podkreślała to już, gdy telefonicznie umawiałem się na spotkanie. Usłyszałem wtedy, że swojej rodziny wcale nie widzi tylko w jasnych barwach, nie chce idealizować. Odpowiedziałem, że w takim razie będziemy rozmawiać też o tym, co trudne. - Ktoś może pomyśleć, że jesteśmy świętoszki, a my jesteśmy po prostu normalni - dodała w już w czasie naszego spotkania Karolina. A ja uważam, że są zwyczajni - niezwyczajni...

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Droga do wolności

Początki małżeństwa nie były jak z bajki. Mówią, że na pewno nie byliby wzorem dla żadnego małżeństwa. Nie byli ze sobą zbyt szczęśliwi. Do tego nie mieli własnego mieszkania, a Krzysztof słabo zarabiał. Wraz z narodzinami kolejnych dzieci pogłębiała się frustracja matki. Przy czwartym dziecku musiała rzucić studia na filologii romańskiej. Czuła, że nie realizuje się w domu, w codziennych obowiązkach... Opowiada, że było w niej mnóstwo egoistycznych zachowań. Buntowała się. Nie było też miejsca na właściwą modlitwę, bo uważała, że jest zbyt zapracowana i zmęczona. Była też w tamtym okresie bardzo nerwowa. W pewnym momencie zaczęło się to zmieniać. Za namową koleżanek przyszła na spotkanie Opus Dei. Tam zaczęła odkrywać, że świętość można osiągać przez codzienność - przez każdą pracę i każde spotkanie z innym człowiekiem. Zwierza się, że gdyby nie ta wspólnota, nigdy na nowo nie sięgnęłaby po różaniec i Pismo Święte, nie zaczęłaby znajdować w ciągu dnia czasu na modlitwę i Mszę św. To był dla niej impuls do tego, aby poczuć się odpowiedzialną za swoje życie duchowe. Formacja w Opus Dei sprawiła, że to, co dla Barbary było powodem frustracji, stało się sensem życia; to, co zniewalało, stało się wolnością.

Św. Piotr nie zapyta o samochód

Reklama

Mąż przyglądał się temu, co zaczęło się zmieniać w życiu Barbary. Po jakimś czasie sam zaczął uczestniczyć w spotkaniach. Podobnie synowie - Tomek i Jan. Krzysztof dzięki spotkaniom zrozumiał, że człowiek za dużo uwagi poświęca temu, co się wokół dzieje. - Najstarsza córka przyniosła mi kiedyś książkę, w której przeczytałem o ojcu, który stanął przed św. Piotrem. On nie zapyta wtedy o to, jakiej marki miałem samochód. Spyta, co zrobiłem z dziećmi, które dostałem w darze od Boga. Od tego czasu częściej zacząłem myśleć nad tym, co moje dzieci myślą o mnie - jakim jestem ojcem i co mogę zrobić, żeby moje ojcostwo było lepsze - opowiada Krzysztof.

Małżeński „tea time”

Dziś małżonkowie patrzą z perspektywy czasu na to wszystko, co ich spotykało w życiu. Posiadanie dzieci zawsze dawało im dużo do myślenia. Z czasem zrozumieli, że muszą dbać nie tylko o nie, ale również o siebie nawzajem. Tak narodziła się myśl o codziennych spotkaniach przy kawie. Godzina siedemnasta (angielski „tea time”) to czas, gdy mają okazję ze sobą porozmawiać.
Barbara twierdzi, że gdy dzieci są małe, to żyjąc w swoim własnym świecie, absorbują rodziców całkowicie; kiedy zaczynają dorastać, stawiają im większe wymagania. W jakim znaczeniu? - pytam. - Rodzic w pewnym momencie przestaje być opiekunem, a staje się bardziej przyjacielem. Dzieci zaczynają pełniej uczestniczyć w życiu dorosłych i warto je pytać o zdanie - wtrąca Karolina.

„Kochają, że ktoś jest”

Do naszej rozmowy po jakimś czasie włączył się Tomek. Właściwie nie musiałem zadawać pytań. Wszyscy członkowie rodziny, z którymi siedziałem przy stole, rozmawiali między sobą. Wymieniali poglądy, dopowiadali pewne myśli nawzajem za siebie. Mogłem słuchać, a raczej wsłuchiwać się w głos rodziny. W tej rodzinie dzieci i rodzice potrafią ze sobą rozmawiać, a jeszcze bardziej cenne jest to, że potrafią rozmawiać o sprawach najważniejszych. Dla Tomka wzorem do naśladowania są nie tylko rodzice, ale również dziadkowie, o których mówi, że są święci. Dom dziadków dla wszystkich jest otwarty, a oni zawsze serdeczni i radośni. Małżonkowie określają ich postawę przez stwierdzenie: „oni kochają, że ktoś jest” - w tym znaczeniu, że każdy, przebywając w ich domu, czuje się kochany, czuje się akceptowany. To samo Krzysztof i Barbara starają się realizować w swojej rodzinie. W każdą niedzielę do ich domu przychodzi rodzina, która mieszka w pobliżu. Nie zamykają się we własnych domach. Karolina przytacza słowa bp. Długosza, który powiedział kiedyś do studentów: „Dom to nie hotel dla obcych osób”.

Przez drobiazgi do szczęścia

Dlaczego zatruwać swoją wyobraźnię myśleniem o tym, że inni mają więcej, i powtarzaniem sobie, że mamy „tylko tyle”? Dlaczego ciągle mamy mówić, że nie mamy czasu na modlitwę, na zaangażowanie się w życie jakiejś wspólnoty, podczas gdy otaczamy się masą rzeczy i spraw niekoniecznych? Dlaczego nie możemy zrezygnować z tego, co nie sprawia, że zyskujemy duchowo? I wreszcie - dlaczego nie zacząć uważać, że gdy poświęcenie się rodzinie zaczyna być służbą, staje się naturalne i to właśnie jest miłość? Dlaczego wielu mężczyzn jest wiernych stereotypowi, który kojarzy żonę z dziećmi, a męża z pracą? To pytania, na które nie ma łatwych odpowiedzi. Rodzina, o której piszę, wie, że ważna jest odpowiedzialność wszystkich członków rodziny za jakość relacji, które ich łączą. Jest także w nich świadomość, że szczęśliwe życie na co dzień można osiągnąć przez dbanie o drobiazgi; troska o „małe rzeczy” powoduje, że wszyscy chętnie wracają do domu, że wszyscy mogą się w nim czuć dobrze.
Rodzina Mrozów podkreśla, jak wiele zawdzięcza Dziełu Opus Dei. Tam mogą czerpać mądrość od autorytetów, tam dostrzegają wartość częstej spowiedzi. Jest w nich potrzeba wspólnoty, w której zyskują siłę do walki ze swoimi słabościami, bo wiedzą, że od osobistej walki zależy jakość życia w całej rodzinie.
Na spotkaniu z ks. prałatem Opus Dei bp. Javierem Echevarria, który jest odpowiedzialny za Dzieło, usłyszeli od niego życzenia, aby na modlitwie mogli powiedzieć, że nie mieli czasu dla siebie samych, bo tak spalają się dla innych.

2008-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Narodziła się dla Nieba. 9. rocznica śmierci Sługi Bożej Heleny Kmieć

2026-01-21 20:31

[ TEMATY ]

Helena Kmieć

BP Archidiecezji Krakowskiej

24 stycznia 2026 roku w Libiążu, rodzinnej miejscowości Sługi Bożej Heleny Kmieć, odbędą się obchody 9. rocznicy jej śmierci. W parafii św. Barbary – tam, gdzie „rodziło się serce Heleny”, uczennicy–misjonarki, która z kościelnej i szkolnej ławki wyruszyła aż na krańce świata – wierni spotkają się na wspólnej modlitwie i wdzięcznej pamięci o młodej wolontariuszce.

Helena Kmieć urodziła się w 1991 roku w Krakowie, dorastała w Libiążu, a jej rodzinny dom, szkoła i parafia św. Barbary były miejscami, w których dojrzewało pragnienie służby Bogu i ludziom. Od 2012 roku należała do Wolontariatu Misyjnego Salvator. Swoją drogę wolontariacką rozpoczynała na Węgrzech, następnie wyjechała na dłuższą misję do Zambii, gdzie pracowała z dziećmi ulicy, a kolejnym etapem jej posługi była Rumunia, w której angażowała się w animację młodzieży.
CZYTAJ DALEJ

Praga: Kościół w Czechach przeznaczy ok. 1,7 mln zł na pomoc chrześcijanom prześladowanym za wiarę

2026-01-21 20:22

[ TEMATY ]

Czechy

Karol Porwich/Niedziela

10 022 637,98 koron czeskich (odpowiednik 1 737 494,45 zł) Kościół w Republice Czeskiej przeznaczy na pomoc dla chrześcijan prześladowanych za wiarę - wynika z komunikatu opublikowanego po 146. Zgromadzeniu Plenarnym Czeskiej Konferencji Biskupów, które odbyło się w Pradze.

Biskupi zajęli się sprawami ekonomicznymi. Zatwierdzili budżety Czeskiej Caritas na rok 2026. Zgodzili się również na podział zbiórki na pomoc prześladowanym chrześcijanom i innym potrzebującym za granicą z roku 2025 w wysokości 10 022 637,98 CZK. ( odpowiednik 1 737 494,45 zł). Połowa tej kwoty zostanie przekazana patriarchatowi łacińskiemu w Jerozolimie z zaleceniem wykorzystania jej na cele humanitarne. Druga połowa zostanie przekazana Czeskiej Caritas, a konkretnie na projekty zagraniczne pomagające chrześcijanom i innym potrzebującym. Posiedzenie plenarne zatwierdziło również podział dochodów z zbiórki na środki społecznego przekazu za rok 2025 w wysokości 11 047 573 CZK (odpowiednik 1 915 174,11 zł.)
CZYTAJ DALEJ

Chrystus mieszkanie błogosławi

2026-01-22 21:37

[ TEMATY ]

kolęda

Karol Porwich/Niedziela

Nie ma wątpliwości jak bardzo potrzebna jest wizyta kolędowa, która w dalszym ciągu jest szczególnym momentem dla katolików.

Dobiegają końca odwiedziny duszpasterskie, potocznie zwane kolędą. Kiedy kapłan przychodzi do domu, jest nie tylko gościem, ale przede wszystkim pasterzem, który niesie błogosławieństwo, modlitwę i zainteresowanie życiem duchowym rodziny. Nie wszystkie drzwi otwierają się przed nadchodzącym kapłanem, ale są też przykłady, kiedy kolęda pozostaje jedyną przestrzenią kontaktu z żywym Kościołem.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję