Słowa - klucze. Z obydwoma jest kłopot. Wierność gryzie się z fałszywie pojętą, acz promowaną nachalnie „wolnością”. Wybór to zamach na obowiązującą względność wszystkiego. Sytuacja jest o tyle dramatyczna, że człowiek będący wyznawcą wizji życia, w którym nie trzeba o niczym decydować (a gdyby się jaki wybór przydarzył, jest on niezobowiązujący), niszczy sam siebie, wierząc, że realizuje sen o lepszym człowieczeństwie. Gotów jest nawet o ten sen walczyć. Nic dziwnego, że Benedykt XVI przestrzega przed „dyktaturą relatywizmu”. Gorzej, że wielu ludzi, w tym chrześcijan, nie dostrzega wkradającego się w ich umysły i serca nihilizmu.
W prozie życia wygląda to tak: Jaką szkołę wybrać? Co mi radzicie? Może jednak tam? Nie, no oczywiście, że złożyłam papiery do wszystkich. Gorzej, jak mnie przyjmą do kilku… No to gdzie mam pójść?... Wszystko mi jedno, tylko nie każcie mi decydować! (to ostatnie zdanie jest dosłownym cytatem). Albo: Nie mogę wyjść za Ciebie. To się dzieje za szybko. Mam dopiero 30 lat. Chcę do czegoś dojść w życiu, jakoś się ustawić. Teraz to za szybko… A jeśli się nam nie ułoży? Czy choćby: Jaką chcę herbatę? A jaką masz?... Hmm… No nie wiem. Zrób, jaką uważasz.
Jako katecheta robiłem licealistom testy, w których mieli określić swoich ulubionych wykonawców muzycznych, piosenki, filmy, książki, sportowców itp., uzasadniając swoje odpowiedzi. W wielu przypadkach dramat polegał właśnie na wyborze kogoś lub czegoś. Albo nie potrafili się zdecydować, albo - o zgrozo - przestali (może nigdy nie zaczęli?) samodzielnie decydować o czymkolwiek. Uzasadnianie swoich wyborów było dla tych dzieciaków abstrakcją. Zastanawiałem się, jak wybiorą swoich partnerów życiowych? Czego będą uczyć swoich dzieci? Jak będą podejmować ważne decyzje w miejscach pracy? A sumienie?...
Ponieważ głupio (z różnych powodów) tak wprost powiedzieć „nie chcę być katolikiem”, czy nawet w wersji zmiękczonej „nie mam ochoty chodzić do kościoła”, powiem „wierzę, ale nie praktykuję”, „jestem katolikiem, ale nie podoba mi się postępowanie duchowieństwa”. We wszystkich (!) rozmowach duszpasterskich, które zaczynały się od podobnych sformułowań, odwracałem tok rozumowania i żądałem osobistych odpowiedzi na konkretne pytania. Nie zdarzyło się, by za najwymyślniejszą choćby ideologią stało cokolwiek innego, niż indywidualne, prywatne decyzje związane z prostym „tak” lub „nie”. Czyli zaczynaliśmy od powszechnej pedofilii księży, bym w końcu dowiedział się, że konkretny ksiądz nie chciał ochrzcić dziecka. Zaczynaliśmy od wysokiej debaty o moralności i antykoncepcji, by wyszedł w końcu strach przed spowiedzią, której dawno nie było. Nauczanie Kościoła jest trudne, nieżyciowe, anachroniczne = ani myślę brać do ręki Biblii, Katechizmu czy jakiegokolwiek tekstu, nad którym posiedziałbym dłużej niż 5 (słownie: pięć) minut.
Najgorsze w tym oszukiwaniu siebie jest aplikowanie tego rodzaju schematów do spraw zasadniczych. Komu CHCĘ (u)wierzyć - Chrystusowi czy światu? Kościołowi czy mediom? Katechizmowi czy sobie? Tu jest moment kluczowy. Dla wielu tak trudny do przebrnięcia, że nawet pojawiły się dramatyczne reklamy osadzone na dylemacie „oto chwila wyboru”. Człowiek współczesny zdecydowanych wyborów unika. Nie wybieramy, nie decydujemy, nie „chcemy”. Nie dopuszczając do siebie prostej oczywistości, że brak wyboru to także wybór. Z ucieczki od wyborów (i ich konsekwencji), z niezdecydowania, zrobiono filozofię życia. A w zasadzie „nieżycia”, bo człowiek uciekający od wyborów, przestaje używać woli, czyli przestaje być wolny. Zlecając decyzje komuś innemu, nie tylko staje się zniewolony, ale staje się też bezczynny. Przestaje być osobą (Jan Paweł II, Osoba i czyn). Stąd krok do kwestionowania wszystkiego i kręcenia się w kółko, a tak naprawdę do zapadania się w nicość. Pustoszenie ławek w kościołach i żenujące frekwencje wyborcze to zestawienie dość odległych od siebie zjawisk, ale mechanizm jest ten sam. Pojawia się jakieś „ale”, które ma służyć za usprawiedliwienie braku decyzji. Jakiejkolwiek.
Słyszę niekiedy wyrazy zatroskania o to, „co z nami będzie”, „dokąd zmierza ten świat” oraz o „ludzkość, która się pogubiła”. Diagnoza, przy jakiej obstaję, mówi raczej o niechęci człowieka do podejmowania klarownych wyborów niż o jego zagubieniu. Powodów tej niechęci, która jest przyjazna tylko na początku i z daleka, również nie trzeba długo szukać: grzech, kult przyjemności, konsumpcjonizm, neopogaństwo, etc. Zaprawdę - nihil novi sub sole.
Choć komuś może się to wydać mocno nieoczywiste, tak, to jest tekst o wyborach prezydenckich. Od kilku tygodni trwa ostra debata na ich temat. Cóż po niej, jeśli większość Polaków zamknie się w czterech ścianach w naiwnym przekonaniu, że wokół nich samo się wszystko podzieje. „Przeżyliśmy komuchów, przeżyliśmy kolejne rządy, przeżyjemy i tych”. Być może. Ale jeśli ktoś w ten sposób podchodzi do sprawy, to wystawia sobie wyjątkowo niepochlebne świadectwo. Nie tylko w kwestii patriotyzmu (czy raczej jego braku), lecz przede wszystkim odpowiedzialności za siebie i własne otoczenie. Na dodatek pozbawia się prawa do narzekania na cokolwiek. A że mądry Polak po szkodzie, przekonujemy się boleśnie co krok. Oczywiście to wywód na skróty i nadaje się znakomicie do wszczęcia kolejnej dyskusji. Marzy mi się jednak, by tym razem coś z niej wyniknęło. Przesłanie jest bowiem proste i ważne: trzeba brać udział w życiu publicznym, trzeba brać za nie odpowiedzialność, trzeba dokonywać wyborów. Według jakich kryteriów - to już osobista sprawa. Oczywiście nie jest mi wszystko jedno, kto zostanie prezydentem RP. Lecz jeszcze bardziej zależy mi na tym, by Rodacy wstali wreszcie sprzed telewizorów i - używając własnego rozumu i woli - dokonali wyboru. Po czym uczciwie ponieśli jego konsekwencje.
Jako pierwsza określiła cierpienia dusz czyśćcowych jako mękę i żar miłości.
Katarzyna Fieschi urodziła się w Genui. W dzieciństwie została osierocona przez ojca Giacoma. Matka – Francesca di Negro zapewniła dzieciom wychowanie religijne. W 16. roku życia Katarzyna została przymuszona do małżeństwa z Julianem Adoro. Związek nie był szczęśliwy. Przez kilka lat Katarzyna żyła w osamotnieniu, po czym podjęła życie towarzyskie właściwe jej sferze. W marcu 1473 r. doznała łaski nawrócenia i przemiany. Odprawiła spowiedź generalną i zaczęła się dużo modlić. Podjęła też działalność charytatywną. Miała częste objawienia Pana Jezusa, który pewnego dnia pozwolił jej nawet spocząć na swojej piersi. Kiedy indziej ujrzała Boskie Serce całe w płomieniach. Chrystus pozwolił jej przytknąć usta do Jego Serca. Spowiednik zgodził się, by przyjmowała codziennie Komunię św., co w tamtym czasie było nowością. W ostatnim okresie życia miała częste wizje, przeżywała dar uniesień i zachwytów, które trwały nieraz kilka godzin.
Do podgorzowskich Różanek zaprasza administrator parafii ks. Krzysztof Hojzer
18 września przypada liturgiczne wspomnienie patrona Polski oraz dzieci i młodzieży św. Stanisława Kostki. W roku 300. rocznicy jego kanonizacji na uroczystości odpustowe do podgorzowskich Różanek zaprasza administrator parafii ks. Krzysztof Hojzer.
„Początkiem, środkiem i końcem rządź łaskawie, Chryste” - te piękne słowa św. Stanisława Kostki są dla nas ogromnym wyzwaniem, ponieważ święty pokazuje nam, że nie wiek, a otwartość na Boga, duchowość, kształtowanie swojego serca w życiu sakramentalnym prowadzą nas na szczyty wielkości i świętości – mówi administrator parafii pw. św. Stanisława Kostki w podgorzowskich Różankach ks. Krzysztof Hojzer. Kapłan zaprasza na uroczystości odpustowe 18 września z wprowadzeniem relikwii świętego.
Centralnym punktem obchodów była Msza św., podczas której poświęcono pamiątkową tablicę przypominającą treść i duchowe dziedzictwo Ślubów Jasnogórskich. Eucharystii przewodniczył bp Edward Białogłowski, który wygłosił homilię oraz dokonał poświęcenia tablicy. Umieszczona w świątyni tablica przypomina słowa zobowiązania, które również po 70 latach pozostają wezwaniem do osobistego i wspólnotowego świadectwa: „Świadomi tej godziny, w której znalazł się naród nasz i Kościół święty, upragnieni duchowej odnowy, gotowi do wielkiej przemiany, przyrzekamy, że całym naszym życiem będziemy służyć Bogu w narodzie – w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym. Przyrzekamy bronić godności człowieka, praw Bożych i prawa narodu do życia, wolności i niepodległości”. Na pamiątkowej tablicy znalazły się również słowa bł. Stefana Kardynała Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia: „Jedna jest Polska, Jedna jest Matka, Jedna jest Wiara”. Poświęcona w 70. rocznicę Jasnogórskich Ślubów Narodu tablica ma pozostać dla parafialnej wspólnoty trwałym znakiem pamięci, wiary i zobowiązania do życia wartościami, które przez dziesięciolecia kształtowały duchową tożsamość Polaków.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.