Reklama

Boże Narodzenie

Wigilijna opowieść

Niedziela Ogólnopolska 51/2003

Miniatura „Boże Narodzenie” z brewiarza księcia von Kleve, Biblioteka Watykańska

Miniatura „Boże Narodzenie” z brewiarza księcia von Kleve, Biblioteka Watykańska

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Kończy się Adwent. Coraz bliżej do Wigilii i świąt Bożego Narodzenia, do tego, co tym najpiękniejszym rodzinnym świętom towarzyszy: żłóbka, bieli opłatka, serdecznych słów życzeń, smaku i zapachu specjalnie przygotowywanych raz w roku potraw, śpiewu kolęd, ustrojonej choinki i prezentów pod nią. Każdy ma wiele wzruszających wspomnień związanych z tym jedynym w roku, niepowtarzalnym wieczorem.
Ona też, jak każdy, z radością oczekuje tej chwili, gdy wraz z dziećmi, wnukami i prawnuczką usiądzie przy wigilijnym stole. Zauważyła, że im więcej ma lat, tym częściej jej myśli biegną do, zdawałoby się, bardzo odległego czasu - do lat wojny i do tej jedynej, przeżytej z dala od bliskich na robotach w Niemczech, Wigilii 1944 r. Miała wtedy siedemnaście lat.
Kilka miesięcy wcześniej, w upalne lipcowe południe, jej małą rodzinną wieś na Podlasiu otoczyli Niemcy. Na oczach rozpaczającej matki, tak jak stała, boso, w kretonowej spódnicy i cienkiej ażurowej bluzce, została wepchnięta na samochód i z innymi dziewczętami zawieziona do sąsiedniej wsi, gdzie było już bardzo dużo ludzi wcześniej spędzonych przez okupantów z okolicznych miejscowości. Stamtąd, jeszcze tego samego dnia, pod eskortą żołnierzy pognano ich pieszo do Zambrowa, gdzie bez jedzenia przetrzymano pod gołym niebem całą noc, a rano ponownie załadowano do odkrytych, wojskowych samochodów. Kiedy ruszyła kolumna pojazdów, głośno zaśpiewali Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród. Tą samą pieśnią żegnał się jej ojciec ze swoim kuzynem 15 sierpnia 1939 r. Serce ścisnął smutek, z oczu popłynęły łzy. W dali zobaczyła biegnącą, płaczącą matkę ze swetrem na ręku. Nie zdążyła...
W Łomży kazali im wysiąść. Po kolejnej spędzonej na placu nocy ją i kilka dziewcząt sanitarka zawiozła do niemieckiego szpitala wojennego. Kazano jej sprzątać ogromne sale wypełnione ciężko rannymi, przywożonymi z frontu żołnierzami, których po pierwszych opatrunkach transportowano gdzieś dalej. Ich miejsce zajmowali nowi - i tak było cały czas, jednych zabierano, innych przywożono. Do dziś ma w oczach widok strug krwi i pokrwawionych koców, które ciągle trzeba było zmieniać. Słyszy jęki i krzyki wijących się z bólu rannych. Tego nie zapomni nigdy.
Po dwóch miesiącach harówki w dzień i w nocy lazaret ewakuowano, a ją wraz z innymi przewieziono przez granicę polsko-niemiecką do miasta Johannisburg (Pisz). Z placu przed Arbeitsamtem Frau Anne Wilamovsky zabrała ją do pracy w swoim gospodarstwie. Od świtu do późnej nocy pomagała w polu i w obejściu, przy dojeniu krów, obrządzaniu inwentarza, a także w domu. Jej gospodyni, młoda 26- lub 27-letnia kobieta, sama prowadziła gospodarstwo. Mąż Willi był na wojnie. Miała 7-letniego syna Willfrieda oraz dwie córki - 5-letnią Rosemarię i 3-letnią Annelorę. Mieszkała z nią również matka, do której dzieci mówiły Oma. Do pomocy miała także dwóch wziętych do niewoli żołnierzy - Francuza i Włocha.
Niemka była zadowolona z jej pracy. Przed sąsiadkami chwaliła ją, że choć taka młoda, wszystko potrafi zrobić. Zajęta robotą, starała się uciec od myśli o rodzinie. Napisała do domu jeden list, ale z dużym, czarnym napisem „Zurück”, zwrócono go jej. Żadnej wiadomości z domu i żadnego znaku życia od niej do rodziny. Było jej smutno, ale nie zadręczała się. Żyła, nie chodziła głodna, a przecież wokół toczyła się straszna wojna, tysiące ludzi ginęły na frontach, w partyzantce (nosiła partyzantom do lasu meldunki, jedzenie), na ulicach, w łapankach, w obozach, w łagrach (jej rodzina cudem uniknęła wywózki przez Sowietów).
Skończyły się zajęcia w polu. W długie jesienne wieczory, często przy księżycu, pruła stare swetry, farbowała przędzę i robiła na drutach nowe rzeczy. Zbliżało się Boże Narodzenie. Niemka płakała, bo skądś się dowiedziała, że jej Willi został otoczony w kotle przez Sowietów. Przyszła Wigilia - ostatnia podczas tej wojny. Przygotowały trochę lepszą niż zwykle kolację. Była choinka i prezenty. Oma, gospodyni i dzieci dostały wyczarowane przez nią na drutach swetry, Francuz - rękawice, Włoch - skarpety. Dla niej był stary, wełniany szalik Niemki i kawałek jedwabiu, w drobne kwiatuszki, na bluzkę. Niemka zaintonowała Stille Nacht, heilige Nacht... i poszli spać.
Nie mogła zasnąć. Myślała o domu, sianie pod obrusem, opłatku, ubranej - w wykonane przez młodsze rodzeństwo ozdoby z kolorowych bibułek i słomy - choince, kolędach i Pasterce, wreszcie o matce, która sama musiała dźwigać trud wychowania pięciorga młodszego jej rodzeństwa. Przypomniały jej się słowa wiersza Artura Oppmana: Tylko mi Ciebie, Mamo, Tylko mi Polski żal. Ojciec nie żył od dwóch lat. Cichutko do poduszki zanuciła Wśród nocnej ciszy, bo przecież niezależnie od okoliczności Bóg się nam rodzi. Tyle zapamiętała.
20 stycznia 1945 r. przyszedł nakaz opuszczenia domu. Na dwa wozy załadowano to, co dało się zabrać z ubrania i do jedzenia. Do kieszeni starego, mocno wytartego płaszcza wsunęła zwiteczek jedwabiu - choinkowy prezent. Zaczęła się dwumiesięczna tułaczka wśród bombardowań i nalotów, przez zamarznięty Zalew Wiślany, Zatokę Gdańską, Gdańsk, Gdynię, Hel i dalej, wzdłuż Bałtyku.
Podczas jednego z postojów, w jakimś majątku koło Słupska, zajęli ich Sowieci. Rozstała się ze „swoją Niemką”, poznała przyszłego męża. Razem dotarli do małego miasteczka na pograniczu Pomorza i Wielkopolski. Tam im kazano zostać, tłumacząc, że tu będzie Polska. Uprzątali trupy, których wszędzie było tak dużo. Zajęli poniemieckie gospodarstwo. Nawiązali kontakt z rodzicami, dostali ich błogosławieństwo, wzięli ślub i rozpoczęli wspólne życie. Z radością czekali na przyjście pierwszego dziecka.
Wydarzyło się coś strasznego. Podczas jazdy na wozie na pole coś się jej stało. Przez cały tydzień potwornie cierpiała. Przywieziony przez męża felczer kazał się natychmiast odwieźć, by nie być świadkiem jej śmierci. Nadeszła noc 26 lipca 1946 r., z grzmotami, błyskawicami, ulewą. Sama, bez niczyjej pomocy, urodziła maleństwo, kruszynę, niespełna siedmiomiesięczną żywą córeczkę, którą następnego dnia zawieźli ochrzcić. Dali jej na imię Anna, bo takie sobie przyniosła. Choć ledwo trzymała się na nogach, opatulała swoją Anusię, karmiła ją, kąpała. Dziesiątego dnia, przy piersi, dziecina przestała oddychać. Mimo upalnego lata - świat był za zimny dla tej maleńkiej istotki. Potrzebowała inkubatora, ale skąd go było wtedy wziąć?
Mąż poszedł poszukać kogoś, kto by zrobił trumienkę. Ona zaś wyjęła z szafy ofiarowany przez Niemkę w Wigilię kawałek tkaniny (nic bardziej odpowiedniego nie miała), zaniosła do krawcowej, by uszyć z niego sukieneczkę. Starczyło i na czapeczkę. Sąsiadka ze znalezionego w jakimś kącie moteczka nici zrobiła Anusi buciki. Po raz ostatni ubrała swój maleńki skarb, ucałowali go, zamknęli trumienkę i powieźli na poniemiecki cmentarz, niedawno poświęcony przez polskiego, katolickiego księdza. Ich Anusia była pierwszym polskim dzieckiem tam pochowanym. Dokładnie po pięćdziesięciu latach (razem ze zmarłą kilka lat później roczną siostrzyczką Genią, dla której nie było penicyliny) przeniesiono ją do grobu zmarłego rok wcześniej tatusia. W ciężkich chwilach - a cierpienia w jego życiu nie brakowało - powtarzał, że niedługo pójdzie do swoich dzieci. Są już razem na wieki.
Nie miała siły, by uczestniczyć w ekshumacji córeczek.
Woli nie wiedzieć, co zostało z ich doczesnych szczątków. W każdą Wigilię przed wieczerzą odwiedza grób męża i dzieci, zamyśla się przez chwilę nad tamtą Wigilią 1944 r. Z wdzięcznością wspomina też Niemkę (czy żyje, gdzie jest, czy wrócił do niej Willi, co robią jej dzieci, wnuki, prawnuki? Może chciałaby jej raz jeszcze podziękować za ten kawałeczek jedwabiu w kwiatki, w którym jej maleństwo powiększyło grono aniołków. Może, może... Bóg się rodzi...

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2003-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Świadectwo: Obiecałem żonie, że zabiorę ją do Papieża

2026-10-04 19:18

[ TEMATY ]

Watykan

nowożeńcy

Vatican Media

Pobrali się 11 lipca w katedrze w Siedlcach. Niespełna trzy miesiące później Weronika i Piotr stanęli w strojach ślubnych na Placu św. Piotra, by spotkać Leona XIV i otrzymać jego błogosławieństwo. „Obiecałem żonie, że po ślubie zabiorę ją na audiencję do Ojca Świętego. I słowa dotrzymałem” - opowiada Piotr w rozmowie z Vatican News.

Wszystko zaczęło się niedługo po ślubie. Weronika powiedziała Piotrowi, że nowożeńcy mają możliwość uczestniczenia w audiencji papieskiej i otrzymania błogosławieństwa Ojca Świętego.
CZYTAJ DALEJ

Sosnowiec: dewastacja pomnika upamiętniającego Żydów – ofiary getta

2026-10-04 21:19

[ TEMATY ]

pomnik

Diecezja sosnowiecka

Z ogromnym bólem i smutkiem przyjąłem wiadomość o dewastacji pomnika upamiętniającego Żydów – ofiary getta w Sosnowcu. Jako wspólnota Kościoła nie możemy milczeć w obliczu aktów wandalizmu, które profanują miejsca naznaczone krwią i cierpieniem naszych sióstr i braci - zwraca uwagę bp sosnowiecki Artur Ważny.

Niech odpowiedzią na to bolesne wydarzenie nie będą kolejne podziały, lecz modlitwa, refleksja i wzajemny szacunek, co również akcentuje bp Ważny: Tych, których to zdarzenie głęboko zraniło, otaczam dziś bliską modlitwą. Modlę się również za sprawców – o opamiętanie i zrozumienie zła, którego się dopuścili. Niech to trudne doświadczenie nie rodzi w nas kolejnych podziałów, ale zjednoczy nas wokół dobra i szacunku dla każdego człowieka.
CZYTAJ DALEJ

Wałbrzych. Nowy diakon stały w diecezji. Biskup dał mu konkretny program

2026-10-05 10:42

[ TEMATY ]

Wałbrzych

bp Marek Mendyk

święcenia diakonatu

diakonat stały

Janusz Radziszewski

swiecenia diakonatu stałego

ks. Mirosław Benedyk/Niedziela

Janusz Radziszewski składa bp. Markowi Mendykowi przyrzeczenie czci i posłuszeństwa.

Janusz Radziszewski składa bp. Markowi Mendykowi przyrzeczenie czci i posłuszeństwa.

Diecezja świdnicka ma kolejnego diakona stałego. Janusz Radziszewski z Jedliny-Zdroju 4 października w parafii Podwyższenia Krzyża Świętego na wałbrzyskim Podzamczu przyjął święcenia z rąk bp. Marka Mendyka.

Uroczystość była zwieńczeniem kilkuletniej drogi formacji, którą Janusz Radziszewski odbywał w Diecezjalnym Ośrodku Formacyjnym w Opolu. Dwa dni wcześniej, w tej samej świątyni, złożył wymagane przed święceniami wyznanie wiary i przysięgę.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję