Reklama

Muzeum zesłańców

W kwietniu mija 70. rocznica największych wywózek Polaków na Syberię. Dziś jeszcze nie do końca wiadomo, ilu naszych rodaków zostało zesłanych do Związku Sowieckiego w czasie II wojny światowej i kilka miesięcy po niej. Milion, półtora czy więcej? Kilkaset tysięcy powróciło z imperium zła. Inni - pomordowani, zagłodzeni czy osadzeni w więzieniach bądź w sowieckich kołchozach - nie mieli już nigdy zobaczyć ojczystej ziemi. Losy jednych i drugich można dziś poznać w „budującym się” niecodziennym muzeum - Muzeum Wirtualnym, tworzonym przez Fundację Kresy-Syberia

Niedziela Ogólnopolska 16/2011, str. 28029

Archiwum autora

Jedyne, co pozostało po ojcu Romana Marchwickiego, to ostatnia fotografia zrobiona w siedzibie NKWD w Grodnie

Jedyne, co pozostało po ojcu Romana Marchwickiego, to ostatnia fotografia zrobiona w siedzibie NKWD w Grodnie

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Reklama

Czesław Czarkowski w czasie wojny mieszkał z rodzicami w Siemiatyczach. W dniu jej rozpoczęcia miał dziewięć lat. Rosjanie zaraz po wejściu do miasteczka rozstrzelali kilkadziesiąt osób uczestniczących w wojnie polsko-bolszewickiej. Ojca chłopca, odznaczonego za bohaterstwo w 1920 r., poszukiwano szczególnie intensywnie. Mimo to udało mu się uciec. Jego żonie i dzieciom, niestety, już nie. Świtem 20 czerwca 1941 r. mieli tylko pół godziny na spakowanie się. Załadowano ich do transportu złożonego z kilkudziesięciu wagonów. Dzień później rozpoczęła się wojna niemiecko-sowiecka. - Upał był straszny w wagonach. Dawali nam mocno soloną rybę, a prawie w ogóle wody - opowiada dziś Czesław Czarkowski. - W wagonie siedziały niemal same kobiety z dziećmi. I tylko dwóch mężczyzn w starszym wieku. Do Nowosybirska jechaliśmy zaledwie dwa tygodnie. To naprawdę szybko. Sowieci uciekali z nami jak ze skradzionym złotem. Ale później już jak bydło przeładowywali na statki i barki. Popłynęło kilkanaście „parachodów”, bo zwożono Polaków z jeszcze innych stron. Trafiliśmy do miejscowości Kasicha nad rzeką Parabiel. Na początku nie było źle, bo opiekowali się nami Polacy, potomkowie rodzin zesłanych do Rosji jeszcze za cara. Po podpisaniu traktatu Sikorski-Majski dostaliśmy paczki z Unry (UNRRA - Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Odbudowy - przyp. red.). Ale kiedy popsuły się stosunki polsko-sowieckie, zabrano nam te paczki i dano Rosjanom. Byłem spuchnięty z głodu. Zachorowałem na krwawą dyzenterię i ledwie z tego wyszedłem. Mieszkaliśmy w ziemiance. W tej wsi nie było mężczyzn, wszyscy poszli na wojnę, więc kobiety ciężko pracowały. Mama sierpem żęła zboże, a my z bratem znosiliśmy je na kopki. Nawet najmniejsze dzieci wykonywały jakąś pracę. Sytuacja poprawiła się nieco, kiedy w 1944 r. wywieziono nas na Kaukaz. Przynajmniej nie było tak zimno. Do Polski wróciliśmy w maju 1946 r.

Droga do Szortandów

Felicja Kotowicz miała szesnaście lat, kiedy już w 1936 r., w myśl porozumień traktatu ryskiego, wywieziono ją z rodzinnego majątku koło Kamieńca Podolskiego. We wrześniu załadowano do transportu ludzi z kilku wiosek. W trakcie niemal miesięcznej podróży do północnego Kazachstanu spośród kilku tysięcy osób zmarło blisko 30 proc. Ich zwłoki wyrzucano przy torach. Rodzina Kotowiczów trafiła niedaleko Szortandy. Kiedy wysiedli, komendant obozu pokazał ręką na obszar pustego pola, mówiąc: „Tu będzie wasza wioska”. Najpierw więc budowali sobie ziemianki. Na szesnastometrową przestrzeń przypadało osiemnaście osób. Przydzielono im mały piecyk do ogrzewania, ale bez opału. Zbierali więc krowie łajno jako jedyny dostępny im opał. Dla kogo nie starczyło, musiał umierać z zimna. A zima zapadała szybko. Potrafiła zaskoczyć z dnia na dzień. Z temperatury plusowej przemienić się w minusową i zawiać śniegiem domostwa powyżej komina. Wiele osób już nie wracało z pola, często oddalonego kilkanaście, czasem kilkadziesiąt kilometrów. Zamarzali w zamieci. Felicja Kotowicz do Polski powróciła dopiero po sześćdziesięciu latach.
Trasę do kazachskich Szortandów pokonał też Roman Marchwicki, z matką i młodszymi braćmi. Działo się to jednak cztery lata później, od kwietnia do maja 1940 r. Ich ojciec brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r. Zaraz po wejściu Rosjan do Grodna został aresztowany i ślad po nim zaginął. Panu Romanowi zostało po nim ostatnie zdjęcie z sowieckiego aresztu. Do Szortandów wieziono ich przez: Bobrujsk, Tambor, Penzę, Kujbyszew, Pietropawłowsk. Do Polski wracał, już jako oficer, zrządzeniem losu, przez Berlin - wraz z „berlingowcami”. Jego młodszy brat brał udział w kampanii wojennej w Armii Andersa.
Po podpisaniu paktu Sikorski-Majski tysiącom Polaków udało się wyjechać z „nieludzkiej ziemi”. Mężczyźni docierali z Armią Andersa na wszystkie fronty II wojny światowej. Kobiety i dzieci trafiały do polskich obozów, m.in. w Afryce. Ponadosiemdziesięcioletnia Maria Gabiniewicz nadal pamięta, jak wielką traumą była dla niej wojna. Miała zaledwie sześć lat, gdy w wiosce pojawili się Rosjanie. Jej ojciec został aresztowany jako uczestnik wojny 1920 r. Do dziś nie wiadomo, co się z nim stało. W bezkres wygnania rodzina Gabiniewiczów została wywieziona w czerwcu 1941 r. Pani Maria opowiada o ciężkich przeżyciach z podróży bydlęcymi wagonami na Syberię i do Kazachstanu. Każdego dnia umierały dzieci i osoby najstarsze. Z braku żywności, chorób. O podpisaniu układu Sikorski-Majski dowiedzieli się dopiero podczas pierwszych wrześniowych śniegów syberyjskiej zimy tego samego roku. Po otrzymaniu przepustki tygodniami uciekali więc od sowieckiej „wolności”. Marynia na skraju życia i śmierci, modlitwą tylko niesiona przez matkę, która nie chciała oddać córki do szpitala. Sowieci często bowiem nie oddawali Polakom ich dzieci, twierdząc, że zmarły. W rzeczywistości były później rusyfikowane w domach dziecka. - Pozostały mi dwa mocne wspomnienia z ostatnich tygodni w ZSRS - wspomina Maria Gabiniewicz. - Jesteśmy na stacji w Jangi-Julu. Mama pokazywała mi wówczas polskich żołnierzy odjeżdżających w transportach kolejowych do Iranu i Iraku. Byłam wówczas wprost szkielecikiem. Tuż przed odjazdem pociągu z wagonu wyskoczył jeden z żołnierzy i wręczył mi paczuszkę. Była tam cała jego racja żywnościowa. I chyba tą racją uratował mi życie.
Pani Gabiniewicz przedostała się z mamą i tysiącami innych ludzi, do Rodezji. Tam przez blisko dwa lata chodziła do szkoły. Do Polski wróciła po wojnie.

Z Kresów, Syberii i Kazachstanu

Podobnych losów było tysiące. Ludzi zniszczonych ciężką pracą i chorobą. Po powrocie do Polski musieli jednak milczeć o tym, co przeszli. Albo dotykały ich represje komunistów. Dopiero od kilkunastu lat mogą mówić i pisać o swoich przeżyciach bez narażania się na więzienie. Lecz nadal wiedza o sowieckich zesłańcach dociera tylko w niewielkim stopniu do młodych pokoleń. W szczególności zaś nieznana jest w krajach Zachodu, które dramat II wojny światowej postrzegają jedynie przez pryzmat własnych, narodowych bohaterów. Przed kilku laty więc środowiska dzieci i wnuków sowieckich zesłańców postanowiły w sposób nowoczesny opowiedzieć o losach swych przodków. W Anglii, Australii, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych w 2008 r. powstał pomysł utworzenia Wirtualnego Muzeum, które w sposób całościowy będzie opowiadać o Sybirakach i Kresowiakach. Jego fundatorem, a zarazem prezesem Fundacji Wirtualnego Muzeum Kresy-Syberia jest Australijczyk polskiego pochodzenia Stefan Wiśniowski. Honorowymi patronami zaś - m.in. śp. prezydent Ryszard Kaczorowski i śp. minister Janusz Krupski. Honorowymi kapelanami zostali: o. Lucjan Królikowski, sybirak, autor książki „Stracone dzieciństwo. Polskie dzieci na tułaczym szlaku 1939-1950”, oraz Michael Schudrich, naczelny rabin Polski. Wieloosobowa jest także Rada Programowa Muzeum, do której należą m.in.: Anne Applebaum - autorka książki „Gułag”; prof. Marek Chodakiewicz - Instytut Polityki Międzynarodowej w Waszyngtonie; prof. Norman Davies - Uniwersytet w Cambridge; sir Martin Gilbert - Uniwersytet Oksfordzki; prof. Piotr Madajczyk - Instytut Studiów Politycznych PAN; prof. Peter Stachura - Uniwersytet w Stirling. Oddziałem polskim Muzeum w Warszawie kieruje Aneta Hoffmann. Oddział zatrudnia tylko dwie osoby. Kilka innych pracuje jako wolontariusze. - Zaczęło się od tego - tłumaczy ideę Muzeum jego historyk Michał Bronowicki - że Polacy coraz częściej chcą się dowiedzieć, jak to się stało, że po wojnie osiadło ich tak wielu w Australii, Kanadzie, USA. Niektórzy zaczęli interesować się historią swoich rodziców i dziadków, amatorsko, i rychło doszli do przekonania, że większość ich przodków pochodzi z Kresów. Przywędrowali zaś z Syberii, Kazachstanu, Afryki czy Persji. Byli świadomi tego, że stworzenie Muzeum Sybiraków w Polsce ze względów ekonomicznych nie będzie możliwe. Postanowili więc założyć fundację i wirtualne muzeum, które będą prowadzić profesjonaliści w Polsce i kilku oddziałach zagranicznych.
Wirtualne Muzeum, którego „kilka sal” już oddano, będzie dwujęzyczne - polskie i angielskie. Są dwa wiodące programy, które realizują pracownicy Muzeum. - Pierwszy to notacje, czyli audiowizualne wypowiedzi Sybiraków - mówi Martyna Rusiniak-Karwat. - Chcemy uchwycić jeszcze ludzi, którzy żyją i pamiętają tamten czas z osobistych przeżyć. Nawet tych, którzy zostali zesłani na Syberię czy do Kazachstanu w 1936 r., na mocy traktatu ryskiego. Plonem naszych działań, tylko ubiegłorocznych, jest 250 wielogodzinnych relacji obejmujących zarówno okres przedwojenny, czas zesłania, jak i lata powojenne. Zbieramy wypowiedzi zesłańców również za granicą. Jako fundacja żyjemy z grantów, więc jesteśmy uzależnieni od środków finansowych pozyskiwanych z Senatu bądź Ministerstwa Kultury. Na tyle, na ile możemy sobie pozwolić, nagrywamy. Wiadomo, że to kosztuje, bo dojeżdżamy do Sybiraków w Polsce. Podobnie funkcjonują nasze oddziały za granicą. Nagrywamy również Sybiraków, do których tak naprawdę jeszcze nikt albo prawie nikt nie dotarł. Mam na myśli tych, którzy mieszkają na Syberii czy w Kazachstanie. W tym roku planujemy pojechać na Syberię, by dotrzeć do Polaków, którzy nigdy nie byli w Polsce.
- Nasza zeszłoroczna wyprawa do Kazachstanu to absolutny wyjątek - mówi Michał Bronowicki. - Wybraliśmy się tam, żeby zebrać relacje najstarszego pokolenia zesłańców z 1936 r. Mieszkają tam jeszcze ludzie, którzy zachowali wiarę katolicką, mimo iż byli za to poważnie represjonowani przez NKWD. Mieli jeszcze książeczki do nabożeństwa podobne do tych, jakie otrzymywali „na drogę” zesłańcy powstania styczniowego. Dawały im one możliwość kultywowania wiary, samodzielnego prowadzenia modlitw czy chrzczenia dzieci. A dodatkowo, choć pisane archaicznym językiem, dla wielu były podręcznikami do nauki języka polskiego.
W Archiwum Audiowizualnym Sybiraków, przy okazji zbierania relacji mówionych, historycy pozyskują też bardzo dużo archiwaliów - zdjęć, dokumentów, które zachowały się w prywatnych zbiorach. Naukowcy, oczywiście, nie pozbawiają Sybiraków tych bezcennych dokumentów - często jedynych pamiątek z zesłania. Są one skanowane albo fotografowane i umieszczane na stronach Wirtualnego Muzeum. Dzięki temu możemy w nim zobaczyć i posłuchać nie tylko wspomnień w relacjach audio i wideo, lecz także obejrzeć fotografie, mapy, schematy, dokumenty źródłowe. Poszczególne „sale” Muzeum dotyczą m.in. takich tematów, jak: Kresy Wschodnie; Napad i rozbiór 1939; Golgota Wschodu; Pod tyranią niemiecką; Sowiecki kontratak; Losy ewakuowanych; Zwycięzcy czy pokonani; „Jeśli zapomnę o nich...”.
W najbliższym czasie pracownicy Muzeum przygotowują kolejny projekt: pakiet edukacyjny dla dzieci, przeprowadzony przez Martynę Rusiniak-Karwat. Jako źródło do tych lekcji posłużą m.in. dokumenty archiwalne będące w zbiorach oraz audiowizualne relacje świadków historii.

Zbiory Wirtualnego Muzeum Kresy-Syberia można poznać pod adresem: www.ksvm.net.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2011-12-31 00:00

Oceń: 0 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ks. W. Węgrzyniak: Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty Barbara Nowacka

2026-08-26 07:38

[ TEMATY ]

komentarz

Marta Książek

Minister edukacji Barbara Nowacka

Minister edukacji Barbara Nowacka

Po usunięciu jednej godziny religii, wyrzuceniu jej z siatki godzin i wprowadzeniu edukacji zdrowotnej, cała Polska mogła zobaczyć, że na edukację zdrowotną zapisało się w roku 2025/2026 30% uczniów, licząc wszystkie poziomy edukacji. Na religię w roku 2024/2025 chodziło 75% uczniów. W roku 2025/26 pewno parę procent mniej.

Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą... Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii.
CZYTAJ DALEJ

Św. Monika – matka św. Augustyna

[ TEMATY ]

święta

Adobe Stock

"Święta kobieta” – można by dziś użyć potocznego określenia, przyglądając się Monice, jej troskom i niespotykanej wręcz cierpliwości, z jaką je przyjmowała.

Nie tylko to było niezwykłe, co musiała znosić jako żona i matka, ale przede wszystkim to, jaką postawą się wykazała i jak ta postawa odmieniła życie jej męża i syna. Monika. Urodzona ok. 332 r. w mieście Tagasta w północnej Afryce, pochodziła z rzymskiej chrześcijańskiej rodziny. Jednak największy wpływ na jej pobożność miała prawdopodobnie piastunka, stara służąca, która, zajmując się dziewczynką, dbała, by ta ćwiczyła się w pokorze, umiarze i spokoju. Gdy młoda kobieta wychodziła za mąż za rzymskiego patrycjusza, była bardzo religijna, znała Pismo Święte, filozofię, ale przede wszystkim wierzyła, że z Bożą pomocą będzie dobrą, cierpliwą żoną i matką. I była. Jednak jeszcze wtedy nie miała pojęcia, jak dużo ją to będzie kosztowało i jak wielkie owoce przyniesie jej życie. Przeczytaj także: Monika i Augustyn Najpierw mąż. Był poganinem, ponadto człowiekiem gniewnym i wybuchowym. Lubił zabawy i rozpustę. Monika potrafiła się z nim obchodzić niezwykle łagodnie. Swą dobrocią i cierpliwością, tym, że nigdy nie dopuszczała do kłótni, a także modlitwami i chrześcijańską postawą spowodowała nawrócenie i przyjęcie chrztu przez męża. Gdy owdowiała w wieku ok. 38 lat, miała świadomość, że mąż odszedł pojednany z Bogiem. Syn. Monika urodziła troje dzieci: dwóch synów – Nawigiusza i Augustyna oraz córkę (prawdopodobnie Perpetuę). Mimo ogromnego wysiłku włożonego w wychowanie dzieci jeden z synów – Augustyn zapatrzony w ojca i jego wcześniejsze poczynania, wiódł od lat młodzieńczych hulaszcze życie, oddalone od Boga. Kolejne 16 lat swojego wdowiego życia Monika poświęciła na ratowanie ukochanego syna. Śledząc ich losy, trudno pojąć, skąd brali siły na tę walkę, np. ona – by odmówić własnemu dziecku przyjęcia do domu po powrocie z Kartaginy (wiedziała, że związał się z wyznawcami manicheizmu), on – by nią pogardzać i przed nią uciekać. Była wszędzie tam, gdzie on. Modliła się i płakała. Nigdy nie przestała. Wreszcie doszło do spotkania Augustyna ze św. Ambrożym. Pod wpływem jego kazań Augustyn przyjął chrzest i odmienił swoje życie. Szczęśliwa matka zmarła wkrótce potem w Ostii w 387 r.
CZYTAJ DALEJ

W Jakubowie rozpoczęła się diecezjalna peregrynacja obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

2026-08-27 20:19

[ TEMATY ]

diecezja zielonogórsko‑gorzowska

Jakubów

Matka Boża Gietrzwałdzka

Peregrynacja obrazu

Karolina Krasowska

Obraz Matki Bożej Gietrzwałdzkiej w procesji został wniesiony do sanktuarium w Jakubowie

Obraz Matki Bożej Gietrzwałdzkiej w procesji został wniesiony do sanktuarium w Jakubowie

"Maryjo, prowadź nas do Jezusa!" - pod takim hasłem rozpoczęła się w diecezji peregrynacja obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Dziś cudowny wizerunek przybył do sanktuarium św. Jakuba Starszego Apostoła w Jakubowie.

Nawiedzenie wizerunku Matki Bożej Gietrzwałdzkiej w naszej diecezji rozpoczęło się 27 sierpnia w Jakubowie. O peregrynacji opowiada kustosz miejsca ks. kan. Stanisław Czerwiński:
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję